Drogi Lupino, u mnie poszło lepiej, choć wszystko wskazywało na tzw. klapę. Ruszyliśmy z Warszawy stopem dopiero – o zgrozo – o 16,00; w korku piątkowym, warszawskim , spalinowym.
Ale tęsknota musiała w nas być tak silna a w przypadku pewnego kolegi – ciekawość tak wielka, że razem wzięte dodawały skrzydeł kierowcom. Do Iłży dwoma samochodami i tu na pewien moment zapanował zastój, ale tylko do momentu, w którym to - na widok tablicy rejestracyjnej z Sanoka - odtańczyłam na ulicy coś w rodzaju „tańca szaleństwa” i auto się zatrzymało. Wielkie podziękowania dla pana tego, to za mało! Już o 21.45 byliśmy w Sanoku. Dalej stopem w trójkę o zmroku było trudno, ale jechał autobus do Ustrzyk Dolnych...
Późnym wieczorem opracowując trasę na dzień jutrzejszy wspomniałam o Dwerniku i dyżurze forumowiczów.
Jednak godzina piętnasta była dla nas nierealna, więc miała się tylko odbyć symboliczna wizja lokalna. Poszliśmy spać. Rano jak już wspomniał Lupino przywitał nas deszczyk, zignorowaliśmy go całkowicie nie wyciągając niczego co by zabezpieczało nas przed jego kroplami. Zrezygnowaliśmy z rozpoczęcia szlaku w Ustrzykach, chcieliśmy dotrzeć do Polany i przez Otryt...a tu kap kap. Zatrzymał się nam pan nadleśniczy z Lutowisk, przesympatyczny człowiek, z tych co przyjechali na rok i zostali na zawsze. Pokręcił nosem na chodzenie przez Otryt i zabrał nas na .... „ucztę iście bieszczadzką” ! Widzieliście kiedyś na powierzchni ok. 300 metrów kwadratowych 2000 jodeł jednorocznych wielkości zapałki? Albo trzylatki modrzewia czy leszczyny wysokości zatemperowanej kredki? A trzyletnie drzewa to już nie byle co, można je przesadzać do lasu... To był dopiero widok, coś poruszającego całkiem...a ile pielęgnacji i zatroskania potrzebują takie drzewka...nadleśniczy miał w nas zachwyconych słuchaczy. Do tego pstrągi i ich pełna zatroskania i pasji hodowla...opuszczaliśmy to miejsce ubogaceni wielce, ja zaś w „kolanowej – kieszeni” niosłam podkowę wykopaną niedawno z ziemi, kiedy to przygotowywano teren pod nową szkółkę. Stamtąd pojechaliśmy do Dwernika.
Jedno jest pewne przed dziewiątą cała miejscowość uśpiona wielce, sklepy i knajpy tym bardziej, okolica wyludniona. Stały Bywalec ma rację co do bieszczadzkiego charakteru tego rejonu, choć....nie wiem czy przypuszcza, że można tam spotkać stadko młodych strusi i wietnamskie świnie, takie całkiem zminiaturyzowane? O pierogach o takiej porze można było zapomnieć. Ciekawa jestem czy S. Bywalec zaliczy mi bytność w Dwerniku.
A później to już czysta przyjemność, jagody, Przysłup, jagody, Połonina Caryńska, wylegiwanie, ucieczka przed stonką na Rawki (przez schronisko oczywiście)... a tam to już....wszystko....nie było w nas siły motywującej do powrotu. Długo trwało zanim zdecydowaliśmy się wracać Działem z jagodami. Dany nam był wspaniały zachód słońca, lekko przymglony., wymieszany z zapachem ziół, ptakami wyskakującymi nam z pod nóg, ze wspaniałym szybującym drapieżnikiem nad Małą... Kolega został zarażony całkowicie i nieuleczalnie, panoramę Bieszczadu opanował bez problemu, poznał legendy i historie, wie co to stokówka i stonka...oraz zielona, falująca połonina. Jedynie nie umiał wyłączyć telefonu, a ten zasięg teraz wszędzie prawie...ale nad tym starał się pracować towarzyszący nam Kwiatuszek.
Co powiecie o schodach, które uczyniono chyba w zeszłym roku na końcu zejścia z Działu? Jest to zapewne bardziej bezpieczne, ale tam było takie „fajne” to zejście...slalomem miedzy drzewami...A teraz - nie podobają mi się te schody - okropność.
Na dobranoc wypiliśmy chmielowo – malinowy trunek, który dedykowałam Wam.
:D