<HTML>Nikt tak nie zwalcza czortów (w tym bieszczadzkich) jak inny bies, jeszcze silniejszy i władzę odpowiednią nad nimi posiadający.
Takim "czorcikiem" jest moja kotka Sabinka, którą od pewnego czasu zabieram ze sobą w Bieszczady. Jest cała czarna, z jedną tylko małą białą plamką na szyi. Ma aksamitne, gęste błyszczące futerko i zielone oczy. W nocy wygląda upiornie. Wiek - obecnie 7 lat, ale wygląda na dużo młodszą (podobnie jak jej pan).
O jej nadzwyczajnych zdolnościach przekonaliśmy się z żoną parę lat temu, gdy nasza córcia (obecnie 15 lat) za nic nie chciała spać sama w swoim pokoju. Bała się, i już. Na pytanie, czego się boi, odpowiadała, że duchów. Żadne racjonalne tłumaczenia nie skutkowały. Co wieczór był płacz i zgrzytanie zębów. Któregoś dnia coś mi odbiło i powiedziałem Ani (córce, wówczas chyba 9 - letniej), że jak się boi duchów, to niech śpi z kotem. Puściłem wodze fantazji i "wyjaśniłem", iż czarny kot już z samej swojej natury jest odporny na duchy, pierwszy je wyczuje i natychmiast zwalczy. Po prostu zobaczy to, czego ludzkie oko nie ujrzy. A wszystkie duchy się panicznie czarnych kotów boją ! I wiecie, że to poskutkowało !!! Od razu. Ania zaczęła nawet drzwi od pokoju na noc zamykać, aby tylko kot nie wyszedł !
Musi być w tym coś prawdziwego. W Bieszczadach przed wyruszeniem na całodniową wędrówkę głaszczę "na szczęście" to aksamitne futerko i ... pech mnie omija. Natomiast po moim powrocie i przebraniu się kotka buszuje po zabłoconych butach i dżinsach. Osoba niewtajemniczona pomyślałaby, że ona "niucha", coś wącha, a w rzeczywistości to ona różne błądzonie i inne świństwa precz wypędza, czarty takowe, wobec których nawet lek. med. Duszewoj staje bezradny (vide Jego tekst powyżej).
Tak było w roku 1999 i 2000. Natomiast w ubiegłym roku nie wziąłem ze sobą Sabinki na urlop i spotkał mnie w Bieszczadach pewien pech. Nie zamierzam o tym pisać. W tym roku będę już jednak ostrożniejszy i zabieram kotkę. Dla niej to też będzie urozmaicenie i wyjątek od kanapowej szarej rzeczywistości.
SB
Ps. Jeżeli ktoś z Was miewa pecha w Bieszczadach, to może mnie odwiedzić w Sękowcu (umówiwszy się przedtem) i pogłaskać Sabinkę. Efekt gwarantowany.
Ps. Moja żona twierdzi, że ja "mam kota na punkcie kota". Córka nawet to wzmacnia, mówiąc bez ogródek: (cyt.) "mamo, tata ma na punkcie tej kocicy wręcz pierdolca". Może. Byłby to więc koci syndrom. W odmianie: zespół czarnej kotki. Przypadłość owa okazuje się jednakże w Bieszczadach b. pożyteczna, zabezpiecza bowiem przed złą pogodą, pechem na trasie, oraz pomaga w ekstremalnych sytuacjach.</HTML>


Odpowiedz z cytatem