Słowem wstępu rzeknę, że podczytuję to forum od pewnego /niedługiego/ czasu, aż nagle, powodowany serią zupełnie przypadkowych intencji postanowiłem pokrótce opisać moje niedawne z Matem kolejne - ile to już lat mojego niedługiego przecież życia - bieszczadzkie przejście. Nosiło ono jadowicie ironiczne miano "wyprawy naukowej", gdyż przeprowadzałem w jego trakcie wywiady z turystami i miejscowymi, będące badaniami do mojej pracy dyplomowej. Ale nieważność.
Przejdźmy więc do naszej ulubionej części, czyli opisów odcinków trasy.


3.7. / 4.7.
WARSZAWA - ZAGÓRZ

Szlak słabo oznakowany, męczący, brak interesujących widoków.
Generalnie, to z pewnym zaskoczeniem odnotowałem dwa fakty; po pierwszeż, że trasa pociągowa z Wwy do Zagórza wiedzie teraz przez Lublin (!, zaś po drugież, że pociąg ów - poza dość specyficznymi wagonami oraz ich ludzką zawartością, udającą się do Kijowa i Dnietropietrowska - był zupełnie pusty. Pusty pociąg z Warszawy w Bieszczady na początku lipca? Que? Nie mówię, że nie było żywej duszy, gdyż na wysokości Lublina w sąsiednim przedziale rozgorzała pijacka impreza - ale to tyle.