Co do tych pozdrowień; mieszane mam uczucia - szlag trafia mnie, gdy spośród 30-osobowej ekskursji pozdrawia każda z owych trzydziestu osób oddzielnie, a ja (my) czuję się zobligowany odpowiedzieć każdej z nich. Gdzież tu czas na "wielkie myśli o niczym". Pamiętam , gdy "cześć" było niedopuszczalne, a normą było "dzień dobry". To drugie zamieniło się w "...dobry", pierwsze w "cze".
Ze swej strony zauważam, iż im bardziej ustronna okolica, szlak, ścieżka, im bardziej późna pora, tym mocniejsza jest więź na szlaku. Nie tylko nie obywa się wówczas bez "dzień dobry", ale i bez pogawędki na temat: "a daleko to", "a spanie", "a żarełko", częstokroć pozdrawiający (zwłaszcza zakoFani) nie bardzo wiedzą, gdzie są.
No i jeszcze o tych z plastikiem w rączkach - sam poruszam się ze zwykłą siatką na zakupy, a w niej tylko woda, uzupełniana w byle potoku (we wszystkich na ogół I-a klasa czystości), puszka, bagnet AK-47, już nawet nie ap.fot., dokumenty, koma i kaska. I zawsze pełen jestem najgłębszego podziwu dla obtroczonych niczym wielbłądy, albo inne stwory na "o".
Najprościej jest chyba nie zaczepiać nikogo na szlaku tym "cze", czy "dzień dobry", natomiast zawsze odpowiedzieć z szacuneczkiem, jeśli te słówka padną. A tradycję pieprzyć - w końcu, gdyby się JEJ twardo trzymać, siedzielibyśmy nadal na drzewach.
ps. poza tym, mniemam, jeśli "bieszczadnicy" uważają się za wytrawnych turystów, znawców danego terenu, a widzę, że ... co najmniej niektórzy tak, z tym większym szacunkiem, większą uprzejmością winni oni odnosić się do jednorazowych turystów, pań na obcasach, panów z pociechami, etc., nawet tylko pisząc o nich. Pozdro.


Odpowiedz z cytatem