Byłam. Widziałam. Mówiłam i... odpowiadano. Bardzo często słyszałam nutkę radości w odpowiedzi. "Używając" natury czuję się totalnie inaczej niż w prozie życia. Zdecydowanie lepiej, przyjaźniej, bardziej ludzko i maluczko.
I paszcza częściej mi otwiera, i słowa życzliwsze, i obaw mniej.
Będę bronić swojego stanowiska. Sądzę, że słowa "DZIEŃ DOBRY" czasami brzmią sztucznie, wymuszenie - bo tak wypada. Z racji wieku spotykanych osób często je stosuję, ale gdy słyszę "CZEŚĆ" serce się raduje. Młodzieży - to już zasada, która się potwierdza - poufale, ale bez infantylnej przesady.
W Bieszczady (i inne wypukłe miejsca Polski) jadą rożni ludzie. W różnym celu. A kultura wymaga, aby wybory innych szanować (oczywiście w granicach przyzwoitości). I dobrze, że jadą. I dobrze, że chodzą (ich obuwie - ich ryzyko). To raczej szczęście, że ludzie jeszcze chcą robić coś innego, bardziej naturalnego niż pogoń za pieniądzem, lub snobistyczne wakacjowanie w celu rozbudzenia zazdrości w bliźnich.
Aby uniknąć tłoku, który faktycznie przeszkadza w kontemplacji, można wychodzić raniutko, kiedy wszystko się budzi, a listki jeszcze ze szronem i wtedy myśleć, myśleć, myśleć...Potem i tak jest nas wiele.
Nie żądajmy wyłączności do gór. Pozdrawiam wszystkich.