I to jest właśnie to Recon (powtórzę się pewnie, ale to przywilej wieku:D) - trza iść swoją drogą, nie szlakami, nie gościńcem dla stonki. Wówczas nagle znów zanurzymy się w tę samą zieloność, która nadal pokazuje pazury zmęczonym wędrowcom i, jak dawniej, robotnikom leśnym próbującym coś w niej pozyskać (co za śliczne słowo).
A gościńce...ile to już razy w środku tzw sezonu widziałem wyludnione szlaki w Bieszczadach. A to nadmierny upał, a to za dużo deszczu. Jak tu dogodzić wybrednym mieszczuchom?:) Wówczas miło jest mówić dzieńdoberek napotkanym...raz na godzinę czy rzadziej:D Uwierzycie? Środeczek lipca i tylko dwoje ludzi na Haliczu i bezkresne niebo błękitne w samo południe. Tylko pod Tarnicą z 5-7 osób spotykamy i dziemy dalej sami do Wołosatego.
Od roku łażę w wolnych chwilach po Sudetach. Niby zaludnienie ogromne, stopień industrializacji tych terenów też, a gdy się wejdzie w lasy Kaczaw, to nagle ma się wrażenie, że się błądzi gdzieś po beskidzkich zapustach. Poniemieckie krzyże, kapliczki, domy, porzucone wapienniki, łomy bazaltu, wszystko przypomina historię nieodległą, która jednak wydaje się nieco nierealna, jakby zmyślona. Bo 'dzikość' czyli zielsko ponad miarę, wrasta w ludzkie siedziby, zakrywa miejsca przez nich porzucone i trudno wtedy uwierzyć, że tu była wyższa ponoć kultura. Światy porzucone dla nagłej wędrówki. Jak przez wieki bywało.
Wszystko jest tu i tam względne i przyjmuję ze spokojem zmiany, które innych oburzają lub smucą. Nauczyłem się odnajdywać miejsca, w których mogę być sam i bez przeszkód podglądać cietrzewie albo rozpalić maleńki ogień i zaprosić jakiegoś innego samotnika na chwilę gadki przy ogniu. A najlepiej łazi mi się z Czartem, bo zbiera na bosaka poziomki i jeżyny o świcie i mnie dokarmia:D Na wielkim Ćwilinie lub gdzieś tam dalej na wschód...i nie trzeba nic mówić nawet.
Pozdrawiam,
Derty



Odpowiedz z cytatem