30 lat temu ściezka na Połoninie była ledwie na dwe stopy i to mało widoczna, zarośnięta, odżywała tylko w sezonie, a teraz to ze 2 metry czasami...
W zimie jak się przyjechało do Wetliny, to piwo najbliższe było w Cisnej w starej knajpie, zdarzyło się, że jechałem na to piwo na zderzaku fiacika, przyklejony jak mrowiec, żeby nie odpaść - w środku miejsca nie było :)
A taka Łopienkowa cerkiew niezły las chodowała w swym brzuchu...
Piwo zwoziliśmy z tej Cisnej w plastikowych pojemnikach, żeby na wieczorną imprezę było...
Centrum Wetliny to był przystanek pod sklepami obok kościoła, którego nie było, bo w jego miejscu leżały gruzy po wysadzonej cerkwi przedwojennej. A jedyna knajpa była czynna w lato, wiecie bez nazywania... Ranczo. Była chyba jeszcze jedna ale spłonęła, zanim tam dojechałem. Jak przypuszczam 90% zabudowy dzisiejszej Wetliny jest z późniejszego czasu.
Jedyne pole namiotowe było w peteteku mamy Walerii Ostrowskiej, żadnych domków... Zanim postawili tam łazienki, dwa kible były tylko w polu, trzeba było w zimie zasuwać, a w mrozy dzikie kąsało w d...sko ...
Plac za dawną cerkwią był pełen drzewa, które ładowali na kolejkę i do Rzepedzi zwozili, a jak się człowiek dogadał, to na pomoście małej platformy z wielkim balami kolejką można było za free dojechać do Komańczy.
A sklepową z Kalnicy kto pamięta? Ona się raz zdziwiła, a do wszystkich dotarło w facecji, że jest kraj nazywa się ..Ameryka i że on silniejszy od Ruskich :)
I do worka nie można było chodzić bo to był teren zamknięty, wojskowy, no nie dla nas przemykających się bokami...
Koniec tego świata jak dla mnie to wojskowa ekspansja Igloopolu na Wołosate i karczowanie dynamitem, no masakra tam była straszna... i knajpa Wojdaczowej w Wetlinie, bo się życie przeniosło ze zbiorówki i świetlicy peteteku do knajpy..
A Zagórz, wyglądał wtedy jakby wojny nie było, jeden tylko kwadratowy sklep geesowy pobudowali, a tak stare wszystko nie z tej bajki socrealnej...
Na obecnym przejściu w Koniecznej tylko zardzewiały szlaban stał po środku pola, droga zarośnięta calkowicie nikła w trwawie, a w rowie leżały nie niepokojone korpusy od 76tki radzieckiej, nikt ich nie zbierał i nie złomował. Tam niedaleko od Krempnej jest jeszcze pole min porcelanowych, nikt się tym nie przejmował, ogrodzili i tak stoi do dziś. Tylko jaka krowina czasem wyleci w powietrze :)
To był inny świat dużo bardziej dziki, mówcie co chcecie, że niby 30 lat temu to już dziko nie było, austryjackie gadanie. Gdzie nie było dziko, tam nie było, ale to były wyjątki. To było jak zaczarowane miejsce. Ziemia była pod kluczem państwa, nikt się nie mógł budować, latami ludzie walczyli o kupno działki i możliwość zabudowy. Budowało się bardzo niewiele. Wiele lat ta stagnacja trwała w najlepsze, ku uciesze turystów i dlatego było jak było. Nie było bazy, ale była świetna ferajna.
A dostać się w Biesy to była sztuka magiczna, nie jeden raz w Sanoku wychodził pan wielki, kierowca pekaesu i władczo oświadczał: "tych z plecakami nie biorę". Krew zalewała i czekało się na następny. Protestować sensu nie było bo kierowca to był władczy urzędnik panstwowy. Na pyskówki odpowiadał, że on tu ma wozić miejscowych, a turyści jak tu przyjechali chodzić, niech chodzą...
Jechało się starym ogórem, kurs z Krosna z dziadkiem, on brał. Kiedyś taki ogór zepsuł się na przełęczy jabłonkowskiej, zjechał na Jabłonki na luzie. Kierowca odwalił garbatą klapę pogmerał i oświadczył: Prosze panstwa, bez agrafki nie pojedziemy, no to po krótkim zamieszaniu jedna baba odpieła wielką agrafkę od gaci... i pojechali...
Przyszedł czas i skansen zaczął odchodzić w Niebyt... se ne wrati.


Odpowiedz z cytatem