Nie pale juz 10 lat.
Kopcilam mocno.
I duzo.
No i zachorowalam - ale to tez nie byl wystarczajacy powod aby rzucic palenie - przez cala chemioterapie i naswietlania kurzylam jak smok poniewaz szanse na wyzdrowienie byly raczej "takie sobie" wiec stwierdzilam ze jak mam umierac to sobie przynajmniej popale bezkarnie i ze to juz i tak wszystko jedno.
A potem, kiedy po ok. 7 miesiacach leczenia pan doktor prowadzacy powiedzial mi ze bede zyla - to ja walnelam na kolana i przyrzeklam sobie i Opatrznosci ktora nade mna czuwala ze do konca mojego zycia nie wezme papierosa do geby i nie wypije alkoholu/ chyba, ze w lekarstwie;-)/.
I slowa dotrzymuje - bez wysilku zreszta.
ZYJE.
Szkoda zdrowia.
Ale wiem o tym dopiero teraz.


Odpowiedz z cytatem