Trudno mi powiedzieć, że lubię się gubić. Czasem nie jest mi do śmiechu, bo wędruję samotnie. Ale tak się składa, że gubienie się jest moim przeznaczeniem. Posiadam nadzwyczajną umiejentność gubienia się nawet we własnym mieście.
W Bieszczadach gubię się regularnie, w różnych rejonach, o różnych porach roku, ale zawsze się gdzieś w końcu znajduję.
Moim własnym, małym, ulubionym miejscem pobłądzania jest pasmo Otrytu, gdzie od trzech lat, kilka razy do roku próbuję wejść na szczyt Hulskiego, gdzie ponoć jest (była?) polana widokowa, która pozostaje dla mnie niewidzialna - może drzewa mi zasłaniają. Wychodzę zawsze z Serednich Małych i starymi zrywówkami, które nikną po przejściu 100m, prę naprzód różnymi metodami - parkurem, trawersem, zygzakiem, pełzakiem, na nogach, na kolanach, przez chaszcze, przez błoto, z kompasem, za słońcem...za każdym razem inną trasą i za każdym razem trafiam po kilku godzinach na stokówkę
...Istnieje prawdopodobieństwo, że szczyt ten "zaliczyłam" wielokrotnie, ale tylko GPS mógłby to uwiarygodnić - tylko po co? Każdy ma swój Everest
.
P.S. W kwesti gubienia się przyjęłam filozofię pewnej mądrej kobiety - ja nigdy się nie gubię, to świat nie jest na właściwym miejscu.
pozdrawiam


Odpowiedz z cytatem