16. Powrót do Warszawy. Podsumowanie i wnioski ;-)
Tak, to już niestety ostatni rozdział naszej wyprawy, wszystko ma swój początek i koniec... Ale po kolei.
Po opuszczeniu hotelu udaliśmy się na dworzec w Sanoku. Próbowaliśmy kupić w kasie bilety na kurs do Warszawy, ale kobieta w okienku odmówiła tłumacząc, że nie wie, czy w ogóle będą jakiekolwiek miejsca. Z niemałym zniecierpliwieniem oczekiwaliśmy autobusu, a jego przybycie potwierdziło nasze najgorsze obawy – tak, nie było już żadnych wolnych miejsc.
Wokół pojazdu ustawił się tłumek osób, które podobnie jak my liczyły na przejazd, ale przecież autobusu nie powiększy się, cudów nie ma... Udało nam się ustalić, że spora część pasażerów jedzie do Rzeszowa i tam wysiada. Ponieważ kwadrans później odjeżdżał inny autobus docelowo do Rzeszowa, praktycznie ludzie ci mogliby pojechać nim, a chętnym zwolnić miejsca w tym autobusie - do Warszawy. Ale nic z tego, operacja chyba zbyt skomplikowana logistycznie, no i trzeba by dużo dobrej woli...
Trudno, jedziemy do Rzeszowa. Sprawnie, szybko. Zastanawiamy się nawet, czy nie dogonimy „pierwszego” autobusu, ale tak się jednak nie dzieje. Mając na miejscu ponad godzinę wolnego czasu, zaszywamy się w jakiejś ukrytej, przytulnej kafejce – fundujemy sobie kawę i jakieś ciacho. Miejsce miłe i czas szybko ucieka, nawet się nie spostrzegamy, jak musimy się już zbierać na dworzec. Tutaj bez problemu wsiadamy i już bezpośrednio jedziemy do Warszawy.
Szejenów już skończyłem czytać i z ciekawością sięgam po „Drewniane cerkwie Karpat”, gdzie odnajduję opisy kilku budowli, jakie widzieliśmy w ubiegłych latach. Trochę próbujemy pospać, gdy tymczasem na tylnych siedzeniach na dobre rozpoczyna się balanga. Ech, maja ludziska zdrowie – w taki upał wódę żłopać. Ciut głośno, ale nie przeszkadza mi to.
Przed samą stolicą gigantyczny korek. Co minutę przesuwamy się o kilka metrów do przodu, i znów trzeba czekać, nim przejedzie się kolejny kawałeczek. Docieramy na dworzec umordowani, z blisko godzinnym opóźnieniem, więc bez namysłu biorę taksówkę i po kolejnych 20 minutach stoimy u progu naszego mieszkania. Home, sweet home...
===============================
Jakieś dwa słowa podsumowania by się przydały.
Było zajefajnie![]()
No, a gdyby chcieć trochę więcej, to myślę, że chyba całkiem sprawnie to wszystko ułożyliśmy sobie. Były trasy dłuższe, były spacerowe. Chodziliśmy zarówno tymi najpopularniejszymi szlakami, jak i kilkoma stosunkowo omijanymi przez tłuszczę. Pobyt urozmaiciliśmy sobie rowerową wycieczką, a wędrówka do Hulskiego i Krywego doprowadziła nas do jakże ciekawych miejsc związanych z historią doliny Sanu. Zwiedzanie tamtejszych ruin cerkwi wspaniale dopełniła wizyta na zamku w Sanoku, gdzie zobaczyliśmy unikalną kolekcję starych ikon. Może i można było zobaczyć jeszcze więcej, ale mamy świadomość, że i tak zwiedziliśmy sporo, a poza tym wszak to wakacje, a nie bicie rekordów![]()
Wszystkie miejsca noclegowe sprawdziły się idealnie, gospodarze i obsługa - przemili, temat praktycznie bez zarzutu. Nie zawsze tak bywa.
No i na koniec - czy się „zaraziliśmy”?
Podpadnę Wam, Forumowicze, jeśli powiem, że nie?
Bo oczywiście „zaraziliśmy” się, ale już kilka lat temu i nie w Biesach. Bieszczady – to dla nas kolejne wspaniałe (ale nie jedyne) góry, po których jakże uroczo jest powłóczyć się...
Nie do końca wiem, czemu cieszą się opinią „dzikich” - może z uwagi na „dzikie” tłumy na Połoninie Wetlińskiej czy Caryńskiej? OK, paskudnie sobie teraz żartuję, bo przecież można znaleźć tu wiele szlaków, którymi będzie się godzinami niemal samotnie podążać, ale w chwili obecnej owa przypisana Bieszczadom „dzikość” jest chyba magnesem przyciągającym coraz więcej turystów, znacznie więcej niż inne góry, które hasłowo nie są „dzikie” - i dzięki temu „dzikie” pozostają...
Na pewno tu wrócimy, pewnie nie raz. Lubię powracać w stare miejsca, gdzie człek zostawił kawałek serducha, ale równie silnie ciągnie mnie do tych, w których jeszcze nie byłem... A jest ich tak nieprzyzwoicie wiele... A czasu tak mało...
Z refleksyjnymi pozdrowieniami,
Mursi
PS.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem. Pewnie wszystkie te trasy są Wam, drodzy Bieszczadnicy, wyśmienicie znane, ale mam nadzieję, że tą jeszcze jedną podróż po znanych zakątkach przyjęliście z życzliwością. Dla tych, którzy dopiero rozpoczynają bieszczadzką przygodę (tak jak my niedawno), może zamieszczone tu opisy okażą się pomocne (jakby co, zainteresowanym mogę podać na privie namiary na miejsca noclegowe, które opisałem). A w ostateczności zawsze jeszcze pozostaje te ponad sto zdjęć, które w międzyczasie powrzucałem ilustrując nasze wojaże :)
Gdyby ktoś miał ochotę skomentować niniejszą, wielce niedoskonałą relację, dodać jakieś uwagi, albo po prostu – pogadać o Biesach – to jestem![]()
Serdeczności,
M.


Odpowiedz z cytatem