Dzięki, Barnabo i Calanthe, za Wasz miły support![]()
- bardzo mnie zachęcił, postaram się Was nie zawieść :)
Winien jestem jeszcze opisy do czterech fotek powyżej:
1. Gorce, Hala Długa - widok na szczytową kopułę Turbacza ze schroniskiem. Niedaleko miejsca, gdzie stoję, jest bacówka, zostaliśmy poczęstowani przez bacę Krzysztofa przepyszną żętycą.
2. Beskid Sądecki - zdjęcie z południowego Złomistego Wierchu z widokiem na Radziejową. Bardzo fajnie widać drogę, którą idzie się dalej.
3. Łabowska Hala w Beskidzie Sądeckim - totem, ognisko, a wokół nieprzebrane morze jagód. W tle maleńkie schronisko - wtedy jeszcze "Republica Jamaica"- byliśmy bodaj jedynymi osobami nie przypominającymi wyglądem Marleya... W kolejnym sezonie zmieniono gospodarzy - chyba nie podobało się ludziom, że nie można tu zjeść mięsa.
4. Beskid Niski, (po)łemkowska wioska Skwirtne. Niewiele tu jest poza tą uroczą cerkwią. Po obu stronach wsi natknęliśmy się na sarny, dwa niesamowite spotkania!
========== OK, to kontunuuję ==========
2. WYJAZD
Trochę to może nudnawy etap podróży, ale ma to do siebie, że zawsze musi być ;-)
Podróż z Warszawy zdecydowaliśmy się odbyć PKS-em (Connex Sanok), trwała w sumie 10 i pół godziny – trochę sporo, ale można było polekturzyć się i pospać – a to jedne z moich ulubionych zajęć ;-) Wakacyjny nastrój, wspaniała pogoda, perspektywa kolejnego urlopu w górach – czego tu chcieć więcej? Szkoda, że postoje dosyć długie, co przy trasie tej długości jest trochę irytujące. W końcu jednak dotarliśmy do Sanoka. Tutaj kolejny postój i zmiana kierowców. Gdy stoję obok autokaru, podchodzi do mnie jakaś kobieta, współpasażerka. Poniżej przytaczam ten dialog, bo, psia kość, był dość oryginalny...
- Razem z mężem jedziemy do tego miasta nad wodą. Czy wie pan, jak tam dojechać? – zaczepia mnie.
Próbuję dociec, o jakim mieście i „wodzie” mówi, niestety – zapomniała nazwy. Podchodzi mąż, on również nie pamięta. Chyba w ogóle niewiele wiedzą poza tym, że są gdzieś w Bieszczadach. Ostatecznie udaje mi się z nimi ustalić, że jadą do znajomych do Soliny. Próbuję im wyjaśnić, jak dotrzeć do celu.
- A duże to jeziorko? – zagaduje mąż.
Stoję jak wryty. Że niby nie słyszał o Zalewie Solińskim? Niemożliwe. Szukam na jego twarzy cienia żartu – na próżno.
- Wie pan, no sporawe – w końcu odpowiadam i mrugam porozumiewawczo do Ani, mojej piękniejszej połówki. – Są nawet tacy, którzy określają je mianem „bieszczadzkiego morza”.
- Naprawdę?
- No tak, to taka bardzo duża niebieska plama na mapie Bieszczadów, na pewno pan widział – zaczynam sobie lekko dworować.
- A czy daleko od centrum?
- Hmm, raczej szybko pan tam dotrze – odpowiadam i odtąd zbywam kolejne zaczepki, z ustęsknieniem wypatrując zmiennika kierowcy. Dżizus, ci ludzie nawet nie sprawdzili dokąd jadą. A może jednak facet się wygłupia? Nie!
W końcu ruszamy w dalszą podróż. Teraz do kierowcy autokaru podchodzi jakaś kobieta.
- Czy zatrzymuje się pan w Ciśnie?
- W „Cisnej” – jednym głosem koryguje nazwę chórek głosów z przodu pojazdu, jakby na sygnał. Komedia.
No, zbliżamy się do Wetliny. Zagaduję do kierowcy, czy będzie mógł się zatrzymać ciut wcześniej, chodzi o Smerek. Mówi, że takiego postoju nie ma w planie trasy. Cosik gburowaty jest nasz pan szofer, ale bez trudu daje się go uprosić Ani (dlaczego kobietom to wychodzi???) i za moment wypuszcza nas przy przystanku. No to jesteśmy na miejscu! Łapię komórkę i dzwonię do naszej gospodyni, obwieszczając przyjazd i upewniając się, w którym kierunku mamy iść. Jest już ciemno, więc szybko kierujemy się we wskazaną stronę. Wkrótce stajemy przed wejściem okazałego domu. Pukamy, wchodzimy do środka. Gospodyni płata nam figla, udając zaskoczenie i mówiąc, że to chyba pomyłka. Ale sekundę później wybucha śmiechem, a my – czując ulgę – rechoczemy wraz z nią. Przemiła osoba! I udaje nam się pożyczyć od niej trochę piwa (piszę „pożyczyć”, bo nie mogliśmy kupić – za to następnego dnia odkupiliśmy) - super, bo sklepik nieopodal przystanku był już zamknięty.
Rozpakowujemy się w przytulnym pokoiku i prędko schodzimy na plac przed domostwem. Siedząc na ogrodowej ławce raczymy nasze podniebienia chłodnym, złocistym napojem i wpatrujemy się w zarysy ledwo już widocznych gór... Bosko!
Fotki, oczywiście robione już w ciągu najbliższych dni (teraz jest ciemno):
1. Nasze nowe, milutkie domostwo :)
2. Taki mieliśmy widok z okna.
3. Przytulny ogródek, gdzie będziemy przesiadywać przez kilka najbliższych wieczorów.
c.d.n.![]()


Odpowiedz z cytatem