12. Relax rulez ;-)
Znamy kilka osób, które na urlop jeżdżą na południe Polski i później opowiadają znajomym, że były „w górach”. Jeśli się jednak dokładnie zapytać, gdzie były i co robiły, to okazuje się, że praktycznie spędzały czas... w dolinach. Cóż, w końcu to prywatna sprawa każdego człowieka, choć zawsze się im nieco dziwimy. Tym razem jednak najwyraźniej zazdrościmy im leżenia bykiem – i postanawiamy, że dzień lenistwa należy się i nam :) Trochę jesteśmy zmęczeni, mnie cały czas jeszcze boli żołądek... Tak więc – byczymy się. I zaraz później kolejna decyzja: w takim razie - w ramach owego byczenia się - idziemy na piechotę do Ustrzyk :) To się nazywa konsekwencja
Ach, jak fantastycznie jest się zdrowo wyspać i po przebudzeniu nie musieć nigdzie śpieszyć. Nadrabiam też zaległości czytelnicze – do tej pory podczas wyjazdu tylko trochę podczytywałem. Na warsztacie jest właśnie książeczka Wojtczaka o masakrze Szejenów nad Sand Creek – pomyślałem, że indiańskie klimaty będą tu, w Biesach, pasowały...
Pijemy leniwie herbatkę na werandzie, gdy w drzwiach pojawia się wesołe małżeństwo balangowiczów. Mężczyzna dumnie pręży odkrytą chudą klatkę piersiową, na której blada skóra w kształcie t-shirta wyraźnie kontrastuje ze spalonymi na czerwono przedramionami.
- Kurna, strzaskałem się na patriotę – obwieszcza wesołym głosem, spoglądając na ręce. Chyba cały czas nie wychodzi z zakrętu...
Ruszamy do Ustrzyk. Teoretycznie po prawej stronie drogi powinniśmy mieć ścieżkę dydaktyczną „Salamandra”. Praktycznie chyba jednak nie za bardzo jest jak tamtędy iść, toteż posuwamy się do przodu bokiem drogi. W pewnym momencie widzimy jednak, jak wśród zarośli przejeżdża grupa kilku jeźdźców na pięknych konikach huculskich. Wiedzie ich nasz gospodarz, machamy sobie ręką. Pozostajemy jednak na drodze.
Mija nas cała fala samochodów. To turyści, zapewne mający w planach wejście na Tarnicę. Spory ruch jak na tę dróżkę, ale później długo nie widać żadnego pojazdu. W końcu mija nas ktoś z tyłu, zapytuje, czy podwieźć. Jestem zaskoczony tą uprzejmością – dziękujemy jednak wyjaśniając, że celowo chcemy to przemaszerować. Koniec końców docieramy do UG, skręcamy w prawo i przechodzimy kawałek drogi. Poczta – w końcu uda mi się wysłać wypisane kilka dni temu kartki, potem drobne zakupy... Niższe ceny niż w Wołosatem – zauważamy mimochodem. Wychodzimy ze sklepu, przy jednym ze stolików siedzą już przy browarku nasi „balangowicze”... Wracamy na piechotę do Wołosatego z poczuciem, że przynajmniej nie pogrążyliśmy się w jakimś totalnym bezruchu.
Pod wieczór wracają nasi znajomi ze swojej górskiej wyprawy, zachwyceni. Spędzamy na rozmowie kolejny miły wieczór, tym razem pożegnalny – bo jutro znów zmieniamy miejsce. Szybko to wszystko leci...
Dziś – tylko fotki z podwórka. Urocze stworzenia, choć strasznie płochliwe, ale podstępnie wyciągnąłem z buta sznurowadło i ciekawość zwyciężyła ze strachem![]()


Odpowiedz z cytatem