Kochani, dziękuję za Wasze przychylne komentarze - zawsze to trochę łechce, a przede wszystkim miło sobie pogaworzyć o odbytych wędrówkach, snując plany nowych tras...
Dla mnie góry (w kontekście wędrowania) rozpoczęły się od Gorców i może dlatego taki mam do nich sentyment... Pamiętam wejście na Turbacz, gdzie do samego końca szliśmy czerwonym szlakiem - kto tędy szedł, ten wie, co czeka turystę przy samym końcu, nieopodal wierzchołka... A wokół piękne, widokowe okolice, puste przestrzenie, niesamowity klimacik...
Lubań, pod który wówczas ledwo wgramoliłem się i zrzuciwszy plecak leżałem zachłystując się powietrzem... Później zaś obmyśliłem własną trasę zejścia, oczywiście zgubiłem się i ostatecznie schodziliśmy stąpając po kamieniach płynącego pod naszymi stopami potoku - bo lasem niestety nie dało rady iść... Heh, nie było nam wówczas do śmiechu, ale wiedziałem jedno - w końcu musi gdzieś wpadać do Dunajca. A kilka godzin później jakże z tego rechotaliśmy...
W Beskidzie Sądeckim wspaniale wspominam Halę Łabowską, wtedy jakby zapomnianą przez świat, niemal całodzienne marsze przez piękne lasy... Kiedyś, poniekąd przez przypadek, udało nam się całkowicie zaskoczyć stadko młodych jelonków - z jednej strony było urwisko i nie miały drogi ucieczki - musiały przebiec tuż przed nami, niesamowity widok... A po słowackiej stronie, na Spiszu, można zwiedzić np. piękny polski (tak, polski!) potężny zamek w Starej Lubowli - przez jakieś 350 lat była to południowa strażnica granic Polski, do dziś na jego murach można dostrzec nasze orły i napisy w rodzimym języku... i nawet są tu kopie insygniów królewskich, których oryginały podczas "potopu" wywieziono właśnie tu, by nie dostały się w ręce zamorskiego najeźdźcy... Młody Słowak, który nas wtedy trochę oprowadzał, z wypiekami na twarzy czytał właśnie słowackie tłumaczenie Sienkiewicza :)
Beskid Niski - długie wędrówki przez porośnięte lasem góry, często niezłe stromizny do pokonania, mijanie się po kilka razy podczas dnia z tym samym, urokliwym strumieniem, nieoczekiwane spotkania ze zwierzakami, a w dole cerkwie, kapliczki, krzyże i Łemkowie, którzy wrócili na ojcowiznę... Kiedyś spędziliśmy w Bartnem nocleg u takiej rodziny, bardzo mili ludzie, przy nas - pewnie z grzeczności - mówili po polsku, ale jak podczas śniadania oddaliliśmy się na ganek, słyszeliśmy, jak rozmawiają ze sobą w ich rodzimym języku... A taka Wysowa Zdrój - jakież piękne uzdrowisko z parkiem zdrojowym i blisko dziesięcioma ujęciami wód mineralnych, pewnie jeszcze poczeka kilka latek na swoje odkrycie... I dobrze, niech wszyscy jeżdżą do Krynicy, mówiąc potem znajomym, że byli w górach (tzn. na Górze Parkowej). Ale oczywiście do muzeum Nikifora warto wdepnąć :)
Bieszczady są zalane przez turystów, przez co niejednokrotnie tracą swój klimat, ale jak pójść wzdłuż granicy, jest wspaniale. Widoki z Fereczatej czy Płaszy są po prostu nie do opisania - tę trasę wyjątkowo miło wspominam. Marsz przez połoninę we mgle z pewnością pozostawi piękne wspomnienia... A taka wędrówka do ruin cerkwi w dolinie Sanu (Hulskie, Krywe) - po prostu urocza.
Jakaż masa tego wszystkiego, nie do opisania... Właśnie pisząc te słowa uświadamiam sobie, ile bym NIE zobaczył, gdybym siedział w jednym miejscu... Zawsze z dużym zaciekawieniem i podziwem wysłuchuję ludzi, którzy od lat jeżdżą w to samo miejsce i potrafią opowiadać o nim niesamowite historie z przeszłości... Na prawdę ciekawie się tego słucha... Ale wiem, że sam podobnych opowiadań nie będę chyba nigdy snuł, wolę wybrać się w nowe trasy...
Wielkie dzięki za sugestie odnośnie nowych podróży :) Coś wybiorę... będzie pięknie. Howgh!


Odpowiedz z cytatem