21. września. Kolejne komplikacje „organizacyjne”. Zdecydowana poprawa pogody

Rano Gosia znów obudziła się ze spuchniętą buzią. Niby niedużo spuchniętą, ząb też bardziej ją „ćmił” niż bolał, ale jednak ... Biseptol i płukanie septosanem, jak widać, jej nie pomogły (a raczej pomogły tylko niewiele).

Żona początkowo zamierzała wracać do Warszawy dwa dni później, tj. w niedzielę 23 września. Wzywały ją już tam bowiem obowiązki zawodowe - ostatni tydzień miesiąca to b. intensywny okres w pracy „kadrowo - płacowej”. Miała nawet kupiony bilet na PKS z Ustrzyk Dln. do W-wy, odjazd o godz. 9-tej.

W zaistniałej sytuacji doszliśmy jednak do wniosku, że powinna skorzystać z okazji, jaką daje wyjazd Adama i Ani, i po prostu zabrać się z nimi. W sobotę będzie mogła już odwiedzić swoją dentystkę w Warszawie i zacząć kurację (tak się też stało; gdy sam powróciłem 8 dni później, po owej zębowej dolegliwości żony nie było już ani śladu). Natomiast tu, w Sękowcu, gdyby w sobotę lub w niedzielę wytworzył się poważniejszy stan zapalny, to tylko ... usiąść i płakać. 100 lat temu w takich sytuacjach chodziło się do kowala - miał obcęgi, znieczulenia dokonywał wódką, a dezynfekcji - rozpalonym żelazem. Ale gdzie tu w dzisiejszych Bieszczadach znaleźć kowala ?

No i pojechali. Po odjeździe żony i Żabek pomogłem Ryśkowi w przeprowadzce - zwolnił górę domku nr 4 i przeniósł się do mnie, na piętro leśniczówki.

Powyższe komplikacje „organizacyjne” spowodowały, że - mimo pięknej pogody - przeszliśmy z Ryśkiem tego dnia tylko ok. 13 km, wybierając się na zaledwie mały spacerek. Z Sękowca powędrowaliśmy stokówką pod Otrytem do Chmiela, przeszliśmy wzdłuż całej tej wsi, a następnie powróciliśmy szosą do Sękowca.

A co z Pastorem, spytacie. Otóż zniknął On iście po angielsku. Wczoraj umówiliśmy się, że przyjedzie do nas ok. godz. 11-tej i wybierzemy się na jakąś wspólną wycieczkę. I nie pojawił się. Jeszcze z samego rana, gdy pomagałem w wynoszeniu klamotów, widziałem Jego terenówkę jadącą z Sękowca w kierunku Rajskiego, drogą nad Sanem.
A później nie dawał już znaku życia. Milczał. Sam nie zadzwonił i nie odbierał telefonów komórkowych. Pogniewał się, czy co ? Dopiero później, już będąc w Warszawie, dostałem od Niego sms-a z usprawiedliwieniem.

A to trochę poważniejsza sytuacja, niż się na pozór wydaje. Mając często do czynienia z ludźmi, których określam mianem „gównozjadów”, bardzo cenię osoby mające gest i oczywiście staram się im w pełni rewanżować, a nawet „przebijać” ich szczodrość. Ot, taka to staropolska wada - występująca dziś chyba jedynie u osób nie mających w sobie nic krwi żydowskiej czy niemieckiej (o szkockiej już nie wspominając).

Tak więc Pastor mnie dwa dni temu prawdziwie wzruszył, pojawiając się u nas z dwoma pełnymi siatkami. Było w nich mnóstwo wiktuałów (nieco z tego pozostało w lodówce nawet po moim wyjeździe kilka dni później) oraz dwie flaszki: jakaś słodka damska nalewka i męska (0,7 l) wódka bols. I tak się złożyło, iż owego bolsa nawet nie otworzyłem, ponieważ zarówno wczoraj, jak i przedwczoraj, degustowaliśmy gorzałki ukraińskie - naprawdę dobre, ale młodzież niech tego nie czyta (a już tym bardziej nie pije).

Tak się zatem stało, że to Pastor wyparował, a Jego wódka pozostała (zamiast odwrotnie). Czekała na Jego powrót aż do końca mojego pobytu !
Wyprzedzając nieco tok narracji powiem tylko, iż nadal na Niego czeka - tu, w Warszawie. W dniu wyjazdu z Sękowca (29.09.) poszliśmy bowiem z Ryśkiem nad San, umieściliśmy wódkę bols na łódce bols (tej z reklam telewizyjnych) i popłynęła sobie Sanem aż do Wisły, a Wisłą - do Warszawy. Nazajutrz po przyjeździe pojechałem na Powiśle, wszedłem pod Most Poniatowskiego i odebrałem wódkę z łódki.
Stoi więc teraz sobie spokojnie w barku i czeka. I nic jej raczej nie grozi, jako że przebywa w dość licznym „ukraińskim” towarzystwie.

CDN