14. września. Urocze bieszczadzkie błoto, które wolę od stołecznych deptaków
Trzy dni siedzenia na d... (co z tego, że w samochodzie) sprawiły, iż poprawę pogody powitaliśmy z „młodzieńczym” entuzjazmem.
Idziemy !!! Ale gdzie, pytają mnie Gosia, Ania i Adam, jako że zdają się na mnie jako stałego, bieszczadzkiego bywalca.
Analizuję więc mapę z mądrą miną, ale tak naprawdę to zastanawiam się nad pogodą (czy się znów nie zmieni na gorszą) oraz nad stanem bieszczadzkich dróg i ścieżek po niedawnych opadach. Z ukosa również zerkam na obuwie kompanów wycieczki. Buty żony osobiście zaimpregnowałem collonilem, więc jeżeli nie wejdzie po kostki do jakiejś kałuży czy rzeczki, to powinna wrócić suchą nogą. Obuwie Adama nieco mnie niepokoi, o adidasach Ani nie wspominając. Ale zapewnili mnie, że także je zaimpregnowali sprayem zakupionym w warszawskim Decathlonie (tuż obok CH Reduta na Ochocie). No to w drogę.
Najpierw, dla zachęty i na rozgrzewkę, łagodny początek. Z Sękowca poszliśmy stokówką (wiodącą pod Otrytem) do Chmiela, końca wsi. Potem przeszliśmy przez cały Chmiel, aż do sklepu przy szosie. Wypiliśmy piwo i wtedy zaproponowałem ciąg dalszy (trasy, a nie piwa.). Wybrana trasa wymagała prawie natychmiastowego wyruszenia spod sklepu, aby się nie spóźnić na autobus.
Przeszliśmy bardzo szybkim krokiem 3 km szosą do przystanku PKS Dwernik Skrzyżowanie, skąd mieliśmy (przed godz. 14-tą, dokładnie nie pamiętam) autobus do Nasicznego. I pojechaliśmy tymże autobusem do tegoż Nasicznego.
W Nasicznem usiedliśmy sobie przy drodze na jakichś pociętych balach i oddaliśmy się rozpasanej konsumpcji kanapek i piwa (mieliśmy je z sobą, w Nasicznem nic się nie kupi).
W czasie spożywania posiłku patrzyliśmy na błękitne, prawie bezchmurne niebo, na szybujące po nim drapieżne ptaki i było nam tak dobrze. A jak dobrze, to może wiedzieć tylko ten, kto nałogowo bywa w Bieszczadach. Duchu Przeszłości, mam rację ?
A następnie - zaczęło się. Poszliśmy leśną ścieżką prowadzącą z Nasicznego pomiędzy Dwernikiem Kamieniem (Holicą) a Magurą Nasiczańską aż do bitej drogi (wiodącej z Zatwarnicy). Na mapie Compassu z tego roku wzdłuż tej ścieżki oznaczono koński szlak, co jest wierutną bzdurą, gdyż ani jednego znaku „końskiego szlaku” tam nie ma. Na mapie Compassu Magura Nasiczańska nazywa się też inaczej, a mianowicie Jawornik. I komu tu wierzyć: Wojciechowi Krukarowi czy zespołowi Compassu ?
Przejście tą ścieżką nie powinno być trudne. Prowadzi ona przez przełęcz (a dokładnie, tuż obok przełęczy) pomiędzy Dwernikiem Kamieniem (Holicą) a Magurą Nasiczańską (Jawornikiem). Nachylenie terenu nie jest duże, prawie cały czas wędruje się puszczą bieszczadzką.
No, ale niedawno było kilka dni ulewnych. Poza tym ową ścieżką ściągane i zwożone są ścięte drzewa. Przy użyciu tzw. ciężkiego sprzętu transportowego. W równaniu bieszczadzkim suma tych dwóch składników oznacza błoto po kolana (a czasami powyżej kolan).
Zgadza się. O ile pierwsza połowa tego odcinka naszej drogi, tj. z Nasicznego do przełęczy, była niezbyt trudna do przejścia, to już druga połowa (aż do bitej drogi z Zatwarnicy) oznaczała walkę z błotnym żywiołem. Ja osobiście umiem chodzić po bieszczadzkim błocie (ponad 20 lat praktyki !) i zawsze stąpnę tam, gdzie nie zagłębię się powyżej kostek. W butach mam wszyte języki, a ponadto liczę na niezawodność zastosowanego impregnatu. Poprosiłem więc rozpaczającą żonę, aby przestała biadolić i uciekać gdzieś na ściany błotnego wąwozu, a po prostu szła tuż za mną, dokładnie po moich śladach. I zdało to egzamin, chociaż niekiedy słyszałem za sobą jej popiskiwanie. Adaś z Anią początkowo próbowali iść lasem równolegle do wąwozu, w którym znajdowała się nasza ścieżka, lecz wkrótce stało się to, z uwagi na leśny gąszcz, wręcz niemożliwe. W końcu też poszli za nami. I wreszcie doszliśmy do tęsknie wyglądanej bitej drogi, pokonując jeszcze tuż przed nią mały strumyczek.
Oczywiście nie był to koniec dzisiejszej wycieczki, czekało nas jeszcze przejście kilku kilometrów do Zatwarnicy (obok wodospadu nad Hylatym), a stamtąd do Sękowca. Ale był już to przyjemny spacerek.
15 września. Do południa znów deszcz i zimno
Adam, lekko przeziębiony pozostał w domku, a ja z Gosią i Anią pojechałem do Lutowisk i Czarnej po zakupy, w tym do apteki. Po południu Ania kurowała Adama, a ja z Małgosią poszedłem na „wycieczkę” - do Zatwarnicy i z powrotem. W tamtejszym hotelu wypiliśmy kawę (ja) i piwo (Gosia).
Tego dnia odnotowałem również przyjazd Darka, Pawła i Piskala (tak się każe nazywać), którzy jeszcze nieraz wystąpią w tej relacji. Darka i Pawła znam z widzenia, gdyż co rok spotykamy się w Sękowcu. Darek jest niepoprawnym optymistą i nieuleczalnym romantykiem, ponieważ co rok przyjeżdża w Bieszczady, aby tu ... poznać kobietę. Tak jakby nie było ich w Warszawie, gdzie mieszka. A zresztą poznał już kobietę w Bieszczadach. Imienia nie wymienię. Dała mu do zrozumienia, iż nie byłby bez szans. I co ? I nic.
Piskal z kolei pochodzi z Torunia i świetnie gotuje. Darek i Paweł wykorzystują go w roli kucharza. Wszyscy trzej zamieszkali w domku nr 1, w którym dwa razy będę jadł zakrapianą bieszczadzką obiadokolację (w następnych odcinkach).
CDN



Odpowiedz z cytatem
Zakładki