26. września. Hulskie i Krywe po raz drugi, Tworylne, Studenne. Trasa najdłuższa (i to zdecydowanie)
Po wczorajszym odpoczynku już mnie roznosi. Złapałem chyba szczyt formy - szkoda, że już za parę dni wyjeżdżamy. Natomiast Rysiek jest rano nieco niewyraźny (wczoraj wypił więcej ode mnie), ale wkrótce i stopniowo mu przechodzi.
Piskal nawalił. Pukając do domku koleżków o umówionej godzinie dowiedziałem się, że zrezygnował z dzisiejszej wycieczki. Pewnie mu zaszkodził ... bigos. No bo przecież nie chołodnij jar (to byłoby niemożliwe !).
Wyruszamy zatem tylko we dwóch.
Podobnie jak w niedzielę trzy dni temu, tyle że w odwrotnym kierunku, dziś z Sękowca idziemy nad Sanem (lewą stroną rzeki) leśną, błotnistą ścieżką aż do ujścia potoku Hulski do Sanu. Dalej wędrujemy tą ścieżką wzdłuż Hulskiego, przechodzimy na jego drugi brzeg i walimy na przełaj, przez Ryli, w stronę Krywego. Machamy rękami, pozdrawiając się wzajemnie z jakąś grupą podążającą z Krywego. Dochodzimy do drogi na Rylim i schodzimy nią do zabudowań pani Antoniny M. Tym razem Tosia nas nie odprawia do pobliskich medyków, ale zrobić nam herbatę deklaruje się nie ona, lecz jakaś pani z TV, akurat u niej przebywająca.
Pijemy tę herbatę, przy okazji zaglądając do naszej piersiówki (Rysiek musi w końcu wyleczyć resztki kaca). Nikt z obecnych nie reflektuje na zaproponowany przez nas poczęstunek - wszyscy oni są tu bowiem „w pracy”. Stanowią jakąś ekipę telewizyjną i przygotowują program, zdaje się, o zabytkach bieszczadzkich. Rozmawiamy sobie za to trochę o Bieszczadach, w tym o zmianach granicznych dokonanych w 1951 r. Na terenach odzyskanych w 1951 r. zachowało się więcej zabytków wiejskiej architektury, jako że owe tereny ominęły pożary i zgliszcza towarzyszące operacji „Wisła”.
Potem pozostawiamy dychę na rozwój agroturystyki i wędrujemy dalej.
Idziemy malowniczą starą drogą w stronę Tworylnego. Pogoda raczej ładna, niebo troszkę zachmurzone, ale najważniejsze, że nie pada. Nad nami kruki i drapieżne ptaki, a na drodze bardzo liczne ślady zwierzyny. Byki porykują ostrzegając nas, abyśmy przypadkiem nie zapałali afektem do ich łań.
Zwiedzamy stary cmentarz. Po drodze często napotykamy tę samą czteroosobową grupę młodych ludzi (trzech chłopaków i dziewczyna, najpewniej studenci). Idziemy bowiem w tym samym kierunku i raz oni nas wyprzedzają, raz my ich.
Dochodzimy wreszcie do bagienka tuż przed ruinami zabudowań Tworylnego. Wprawdzie nie jest to bagno „sensu stricte” w znaczeniu geodezyjnym, raczej zalana łąka (na skutek roboty bobrów), to jednak przejść suchą nogą tamtędy będzie raczej trudno. Ale cóż to dla nas, starych bieszczadzkich wyrypiarzy. Ostrożnie skaczemy po czymś w rodzaju brodu, sprawdzając uprzednio kijem głębokość wody. Ale to ostatnie, to radzę ostrożnie. Stałem sobie na jakimś zwalonym drzewie i zastanawiałem się nad następnym krokiem (bynajmniej nie życiowym, lecz tu i teraz, w owym bagnie). Postanowiłem sprawdzić podłoże obok mnie, wbiłem kijek w jakąś kępę i ... omal na pysk nie poleciałem. Kijek wbił się bowiem na 2/3 swojej długości. Dobrze, że w ostatniej chwili drugą ręką złapałem się drzewka obok.
Jakoś udało się nam w końcu wyjść z tej opresji suchą nogą. Stwierdzamy, że czas na „obiad”, więc siadamy w ruinach zabudowań Tworylnego, pijemy, jemy i ... czekamy na studentów (ostatnio widzianych na starym cmentarzyku). Widok stąd mamy wprost na niedawno przebyty bród.
Nadchodzą z gwarem i śmiechem, jak to młodzi. Skaczą trochę żwawiej niż my, w ogóle szybciej im to idzie. Ale już na ostatnich paru metrach panienka coś źle skalkulowała i władowała się do wody powyżej kolan. Zatrzymali się na chwilę już poza naszym polem widzenia (pewnie w celu wylania wody z butów i wyżęcia skarpetek), a następnie powędrowali dalej. Już ich więcej nie spotkaliśmy, jako że nasz popas w Tworylnem przedłużył się do ponad pół godziny.
Idziemy znów starą drogą, wiodącą raz bliżej, raz dalej Sanu. Przed mostem w Studennem odpoczywamy jeszcze kilkanaście minut na terenie opuszczonego obozu harcerskiego.
A potem kończy się wędrówkowa poezja, a zaczyna proza. Przechodzimy przez most w Studennem i drugą stroną Sanu powracamy do Sękowca leśną drogą zakładową. Poprzednio, po lewej stronie Sanu, mieliśmy i ekstremalne odcinki naszej trasy, i naprawdę malownicze widoki. A tu - tylko bita, zniszczona droga, przy której (na długości ok. 13 km) jedynymi atrakcjami są punkt widokowy i stary, nieczynny kamieniołom. No i te byki porykujące czasem dość blisko.
Wleczemy się zatem prawą stroną Sanu do Sękowca przez 2 godziny i 50 minut, ostatnie pół godziny już po ciemku. Jesteśmy tak zmęczeni, że nie zachodzimy ani do kolegów, ani do baru w ośrodku, lecz walimy wprost do domu.
Wg moich wyliczeń z mapy, przeszliśmy dziś jakieś 32 km. Jeśli się pomyliłem, to Piotr mnie poprawi.
27. września. Znów dzień odpoczynku
Mimo że nieubłaganie zbliża się koniec naszego pobytu, postanawiamy dziś nigdzie nie iść. Chociaż jest piękna pogoda. Po prostu mamy nieco odparzone stopy po wczorajszym wędrowaniu, zwłaszcza na ostatnim, utwardzonym odcinku. Jutro też będzie dzień.
Po godz. 12-tej wyruszamy jedynie na krótki spacerek, do Zatwarnicy i z powrotem. Tam wypijamy piwo (w sklepie) i zjadamy domowy obiadek w hotelu - nie przesadzam pisząc o domowej kuchni, bardzo smacznie tam gotują.
Po powrocie ucinam sobie dwugodzinną drzemkę. Rycho słucha w tym czasie Radia Maryja.
Na godz. 19-tą jesteśmy zaproszeni na pożegnalną kolację przez naszych kolegów, czyli Darka, Pawła i Piskala. Przez jakiś czas zaszczyca nas swoją obecnością także Basia i jej „ośrodkowy” fraucymer: Irena i Ula.
Robi się zatem bardzo miło. Zastawiony stół, śpiewy, opowiadanie kawałów. A wszystko to w scenerii leśnego domku, w którym mieszkają nasi koledzy.
Tak się składa, że oni też wyjeżdżają pojutrze rano. Zatem, ze względu na kierowców (Paweł i ja), część uroczysta naszego pożegnania, ta nieoficjalna, powinna się odbyć odpowiednio wcześniej. I właśnie się odbywa.
Było bardzo fajnie, dopóki panie nie wyszły.
Zdaje się, iż z całego naszego męskiego towarzystwa jedynie ja jestem - pod względem matrymonialnym - człowiekiem normalnym. To znaczy mam żonę i dziecko, czyli rodzinę.
A koledzy, z Ryśkiem włącznie, to faceci stanu wolnego i, zdaje się, po niezłych „przejściach” i „z przeszłością”. Wychodzi to z nich coraz bardziej po każdym kolejnym kieliszku. Na przemian to złorzeczą płci pięknej, to ją uwielbiają. Rysiek przeżywa po raz n-ty wydarzenia jeszcze z lat 80-tych ub. wieku (dobrze mi znane, jako że jestem niemalże naocznym świadkiem jego życiorysu). Piskal marzy o jakiejś Agnieszce i wszędzie ją widzi. Darek niezwykle głośno wzdycha do mitycznej, nienazwanej z imienia „Kobiety”. A Paweł ? Paweł nic nie mówi, tylko kiwa im trzem głową ze zrozumieniem i popija sobie na smutno.
Mam nadzieję, że mi nie wezmą za złe, gdy to przeczytają. Gdyby mieli pretensję, wytłumaczę im, że ich w ten sposób - jako facetów stanu wolnego - reklamuję w naszym bieszczadzkim Internecie. Czyli powiększam ich wirtualne szanse na jak najbardziej niewirtualne związki. W końcu czyta mnie teraz trochę wolnych pań, nieprawdaż ?
Zresztą mocno wątpię, czy owi koledzy to zauważą, gdyż żaden z nich nie bywa na Naszym Forum.
Nie mogąc już znieść ich biadolenia wyszedłem stamtąd przed godz. 22-gą. Przed wyjściem umówiliśmy się jeszcze z Piskalem na jutrzejszą wycieczkę. Rysiek powrócił ok. półtorej godziny później. Już chyba po całkowitej „spowiedzi”.
CDN


Odpowiedz z cytatem