W ubiegły piątek, kilkadziesiąt minut po dwudziestej pierwszej wykroiła mi się wolna sobota więc naturalnym, bezwarunkowym odruchem palce same wystukały na klawiaturze właściwe kierunki na e-podróżniku w nadziei, że może coś w łikendy się poprawiło. Niestety od kilku lat, po sezonie a szczególnie właśnie w łikendy, komunikacja publiczna broni jak może dostępu do Bieszczadów. O kierunkach Komańcza, Cisna, Ustrzyki Górne można zapomnieć.
Nawet wtedy, gdy już uda się coś wyniuchać w miarę pasującego i o dogodnej porze, to okazuje się, że jest to bilet w jedną stronę i na powrót nie ma co liczyć. Na tablicach przystankowych, zawsze za podaną godziną odjazdu przyczajone jest pół alfabetu i rozkminić ten szyfr do końca, nie jest prostą sprawą. Już był w ogródku, już witał się z gąską, a tu nagle pojawia się np. mała literka wu, która niczym Det niszczący wszystko na swojej drodze, kładzie pokotem ten cały wcześniejszy las znaków wraz z ułożoną już w głowie ich logiczną strukturą, że jedzie, bo to nie drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, nie okres wakacji, nie pierwszy dzień świąt Wielkanocnych, nie jest to kurs w dniach pon. – pt., nie jest to pierwszy dzień roku ani nie jest to święto narodowe, nie jest to dzień nauki szkolnej itd. Ekstra, super, rewelka! I nagle sruuu, wyskakuje takie małe wu – w soboty nie kursuje!


Odpowiedz z cytatem