Mądrzy ludzie powiadają, że w górach trzeba dużo pić, żeby nie dopuścić do odwodnienia organizmu. W trosce więc o swoje zdrowie wyduldałem jedno opakowanie wody wzbogaconej jęczmiennym słodem i witaminą A, której zawartość wynosiła cirka 5%. Pycha! Motylki sobie motylą, brzęczołki sobie brzęczą, Bazyl sobie sączy – harmonia w przyrodzie zachowana być musi! Słoneczko się już chyliło, wychyliłem i ja , po czym ruszyłem pokonując bełkotliwy potok ku następnym, widokowym wierchom ( foto_o, ). Po sesji zdjęciowej wycofałem się nieco by założyć obozowisko w miejscu dogodnym a od strony siedzib ludzkich niewidocznym. Najsamprzód wyszukałem odpowiedniej grubości drzewa, których gałęzie dawały gwarancję wytrzymałości ciężaru dorosłego człowieka. Zrobiłem dwie pętle. Jedną zarzuciłem na konar drzewa, drugą sprawdziłem czy dobrze będzie trzymać i ...oplotłem nią drugie drzewo. Pomiędzy nimi rozpostarłem swoje łoże. Rachu-ciachu i już wisi sobie ono pomiędzy drzewami ( foto_p ). Na tym właśnie wyjeździe postanowiłem wypróbować ten sposób biwakowania. Od lat nosiłem się z tym pomysłem, a powstał on pod wpływem lektury opowiadania Józefa Czechowskiego „Tętno Gór” zamieszczonego w Pamiętniku PTT z 1992 roku, którego obszerny fragment cytuję:
„(...)W Górach bywam często. Niejednokrotnie odczuwam niedosyt doznań. Nierzadko, kiedy znajduję się w uroczym miejscu, na Górze, jest moim pragnieniem aby kontemplować barwny spektakl zachodu słońca aż do zmroku, w spokoju, bez zakłóceń i frustracji związanych z poczuciem upływającego czasu, z koniecznością dotarcia na czas do miejsca zarezerwowanego noclegu. Marzę o tym aby w ciepłą, pachnącą noc majową mógł być moim udziałem koncert słowików (...)...tymczasem jestem skrępowany jakimś planem, muszę określoną trasą dokądś dojść na umówioną porę. Wszystko to zubaża słodycz wsłuchiwania się w puls Natury, trwa zbyt krótko.
(...) W czerwcu 1971 roku wyjeżdżam w Bieszczady. Zabieram ze sobą hamak. Na temat dzikości tych Gór krążą legendy; to coś dla mnie. Jednocześnie spodziewam się, że będzie to dobry poligon dla sprawdzenia przydatności nietypowego sprzętu biwakowego. W godzinach popołudniowych opuszczam Krościenko i ruszam w dolinę Stebnika. / To ci dopiero sic! – przed chwilą, przy skanowaniu opowieści zauważyłem, że rozpoczynaliśmy swoją przygodę z hamakiem w tym samym rejonie / Szary deszcz zlewa się w jedną nieczytelną plamę z szarością bujnie rosnącej tu olszy oraz z bieszczadzkim błotem. Pierwszy, hamakowy biwak dodaje wiele kolorytu tej nieciekawej błotnej wędrówce. Następne biwaki są kolejnymi odkryciami nieznanych zjawisk w otaczającej przyrodzie oraz tych, które stanowią o naturze człowieka.
Ta bieszczadzka przygoda w ogólności przynosi potwierdzającą odpowiedź dotyczącą niezwykłych zalet tego typu biwaków. Wyodrębniają się tu dwa rodzaje zagadnień: zagadnienia czysto techniczne oraz zagadnienia psychologiczne. Te ostatnie zdecydowanie dominują.
(...) Otwórz się, odrzuć ściany, zerwij kaganiec nałożony przez ludzi — ten, który nałożyła ci Natura jest dostatecznie dobry. Ułóż się pośród miękkich traw, a jeśli tych nie staje, spocznij w hamaku. Zasypiając, oddaj się bez reszty, zaufaj. Przebudzony pierwszym promieniem słońca wynurzającego się zza wierzchołków gór, doznasz olśnienia i sam osądzisz jak wiele dotąd traciłeś z życia.
(...) Tak wiele wspaniałości spotykam: szmery dżdżystej nocy leśnej, ciemnej jak atrament i życiem pachnącej; nagłe rozkwity błyskawic, co jak gigantyczny flesz rozświetlają góry nocą to tu, to tam; niezgłębioną przestrzeń nieba nakrapianą iskrami gwiazd; ogniki świetlików łagodnie pławiące się w nocnej wilgoci traw pachnących.
Czy potrafiłbym wymarzyć coś ponad to?
Nasycony jestem; czuję to i wiem, że warto się było narodzić. I wdzięczny jestem losowi, że mnie umiejscowił w gronie tych niewielu, którym dane jest otrzymywać tak wiele.
Od tamtego czasu odnotowuję setki biwaków hamakowych najczęściej w samotności, w ciszy, w niesamowitej scenerii przyrody. W takich sytuacjach odczuwam żywy oddech Natury, odsłania się jej logiczna harmonia a jej Duch staje się kategorią poznania niemal zmysłowego. Hamakowe biwaki są najpiękniejszymi przeżyciami jakie znam. Koloratura miejsc biwakowych sprawia, że posiadają one niezwykłe walory estetyczne. Niejednokrotnie nie mogę oprzeć się myśli, że podobne przeżycia mogły być udziałem ludzi w raju. (...)”
Troszkę długi ten cytat, ale autor opisał tak pięknie zalety tego sposobu spędzania nocy, iż nie mogłem się powstrzymać i mu uległem. Nie przedstawił w tekście wad, ale starym wygą hamakowym będąc pewnych trudności nie odczuwał. Mianowicie wyjście Bazyla nocą na tak zwaną stronę stanowiło nie lada wyzwanie i skończyło się wykonaniem półobrotu w powietrzu z miękkim lądowaniem twarzą w trawie u stóp tego jakże wspaniałego łoża. Ale ja się nie poddam, będę ćwiczył i trenował do skutku.
Ale, ale...nim przy koncercie psów z pobliskiej, Narodowej wsi zapadłem w sen, wykonałem jeszcze kilka niezbędnych dla ciała i ducha czynności. Wdziałem czołówkę, pewną ręką chwyciłem piłę i ruszyłem trzebić okoliczny bór. Włażę w gęstwinę a tu jak nie trzaśnie, jak nie załomoce i poszły stokiem z rumorem. Po tropach poznałem, że w kopytkach były, więc albo jeleniowate albo biesy czy czady. Przeżegnawszy się na wypadek wszelki, rozpocząłem szatkowanie suchego zalegającego tu i ówdzie. Poporcjowane paliwo obwiązałem linką i zatarabaniłem w pobliże obozowiska. Starym, indiańskim zwyczajem, za pomocą kostki rozpałki do grilla roznieciłem ogień i chwilę później skapujący tłuszczyk radośnie skwierczał w jego płomieniach. Gdy wyglądało już na dostatecznie chrupkie i odpowiednio zrumienione a serek z grzaneczki jął powoli ociekać, zasiadłem do stołu. Przyrządzone jadło zapijałem przepysznym napojem, o którym Bufet, wokalista rzeszowskiej kapeli Wańka Wstańka, śpiewał niegdyś porywającą pieśń:
„Najlepsze piwo to Leżajski full,
Gul, gul, gul,
Gul, gul, gul,
Leżajski full,
Gul, gul.
Takiego piwa nie pił nawet król,
Gul, gul, gul,
Gul, gul, gul,
Leżajski full,
Gul, gul."


Odpowiedz z cytatem