Trzask zamykanych drzwi samochodu to ostatni odgłos. Teraz już tylko cisza.
Krótki dzień, zamknął swój żywot w tej grudniowej porze roku Pańskiego 2018. Wokół ciemność i cisza. Ciemność przerywana kilkoma lampami w centrum wsi.
Plecak zarzucony, ale nie ruszam prosto do celu, nie to by było zbyt proste.
Samochód porzuciłem w zaspie na warszawskim rondzie, jedynym takim w beskidzkiej krainie. Teraz kierunek do baru gdzie za ladą będzie stał Leszek.
Przywitanie jak starych znajomych, a przecież , bywam tu rzadko, raz może dwa w roku.
Od czasu pierwszego RIMBU-u wciąż mam to samo zamówienie : pierogi ruskie i lane piwo.
W sali siedzi czwórka młodych klientów zabawiając się rozmową, dobrze jest.
Wymiana wiadomości co słychać u tych i innych znajomych , minęła 19-sta więc czas w drogę.
Zakładam plecak i ruszam białą drogą. Czołówka na szyi, ale nie włączam jej, aby nie psuć atmosfery nocy. Dziwnie się idzie pośród nocy tą pustą drogą.
Zatrzymuję się co chwila , aby poczuć to miejsce w takiej chwili.
Zakręty i podejścia znam na pamięć, koło starego cmentarza nie widać żadnych pozostawionych samochodów.
Tu trzeba skręcić w starą drogę która doprowadzi mnie do tego schroniska. Dwadzieścia centów śniegu i żadnego śladu na nim, znaczy że ostatnio mało kto tędy chodzi.
Pojawia się światełko na dachu budynku , dając znać że zbliżam się do celu.
Potem przywitanie z psami i gospodarzami którzy wychodzą z zaplecza trochę zdziwieni moją osobą.
Jestem już 8-mą osobą w tym miesiącu u nich - dowiadują się. No tak, po kiego diabła miałby się tam teraz zaganiać.
Jako że jestem jedynym gościem, mam do dyspozycji całą sypialnię.
Niech nikt nie pyta o sens.


Odpowiedz z cytatem


....
