Henek! Chyba znowu w tym samym czasie w Bieszczadzie się szlajajiśmy.
Pozdrawiam
Henek! Chyba znowu w tym samym czasie w Bieszczadzie się szlajajiśmy.
Pozdrawiam
bertrand236
Poranek. Po raz kolejny przekręcam się na pryczy.
Huk. Potężny huuuuk dominuje nad wszystkim.
Łapię się za głowę , ale nie przestaje, znaczy się - to nie to. Ten huk dochodzi z zewnątrz. Tak jakbym stał na lotnisku obok maszyny przygotowującej się do lotu.
Potężny huk warczących silników.
Nie do końca dowierzając własnym zmysłom zwlekam się z łoża. Łyk czegoś co wyostrzy zmysły i ruszam na dół. Natykam się na jegomościa w czerwono-niebieskim kubraczku. Oczywiście, że w czasie dyżuru taki stój jest obowiązkowy. Otrząsując z siebie resztki śniegu opowiada że był właśnie odczytać na wskaźnikach siłę wiatru.
120 km/h
Teraz już wszystko jasne skąd ten olbrzymi huk. Cieszę się że chata w zasadniczej części jest murowana.
Rozniecony na powrót ogień w zbawczym kominku oddaje zbawienne ciepełko. Z przyjemnością można zasiąść do śniadania w tym klimatycznym, niepowtarzalnym wnętrzu. Śniadanie z nieznanych powodów wydłuża się i wydłuża.
Tak właściwie to powody są znane. Ten huraganowy wiatr wyprostował momentalnie nasze plany na dzisiaj. Jak najszybciej zejść w doliny. Nie jesteśmy przygotowani na takie warunki. Nie mamy sprzętu, ani właściwego (czyt. odpornego) ubioru, nie mówiąc o okularach itp..
Czas się pożegnać
Starannie spakowane plecaki, przytroczone troki które na wietrze mogą zrobić wiele szkody, ubrane wszystko co było i wychodzimy.
Już na narożniku budynku podmuch wiatru zakołysał całą moją sylwetką. Ostatnie zdjęcia (foto) w tych warunkach i idziemy. Przez malutki otwór w zaciągniętym kapturze wypatrujemy majaczących w chmurze słupków wbitych w śniegową ziemię. Mimo że idziemy trasą znaną nam na pamięć, to w pewnym momencie tracimy orientację.
Wiatr odrywa z powierzchni odrobiny śniegu i wali w nas z wściekłością. W ciągu kilku minut twarz nabiera nowego, czerwono- zimnego kolorytu. Zimno przeszywa końcówki palców i słabo osłonięte nogi. Na szczęście odzyskujemy właściwy kierunek i odpadamy z grani w dół. A tam już za chwilę wchodzimy w las.
Las który stanowczo walcząc z wiatrem daje osłonę. Tu już był luzik.
Po następnej godzinie , gdy wyszliśmy poniżej chmur, naszym oczom ukazał się łagodny widok cichej doliny (foto) z malowniczą drogą w tle.
Nie wierząc własnym oczom i uszom wchodziliśmy w krainę łagodności.
p.s. dwie godziny później nad zielonymi polami Lutowisk zaświeciło słoneczko.
Przyszedł nam kolejny rok. Rok 2008
Przyszedł a właściwie to już odchodzi zamykając swój czas miesiącem grudniem.
To pora aby ruszyć. Nie jest łatwo opuścić cywilizację, która mocno trzyma korkami ulicznymi. Dzwonię po resztę ekipy aby doszła pieszo na wylotówkę. Będzie szybciej niż samochodem. Posuwając się tempem jednego światła na jeden samochód czuję, że jestem wyjątkowo spokojny.
Dlaczego ?
To wszystko co przez ostatnie dni przygniatało, zostało już z tyłu. Teraz tylko cierpliwie wydostać się z miasta.
Są już, doszli na równi z samochodem, graty wrzucone do bagażnika i ruszmy.
Którą wersja dzisiaj ? Bircza czy Sanok ?
Zwycięża ta pierwsza. Spokojnie oddalamy się od zgiełku a zarazem jasności dnia.
Godzina 17 o tej porze roku okrywa zmrokiem całą okolicę.
Po ciemku mijamy Birczę, Kuźminę i Dolne. Szybkie dyskusje powodują że droga szybko umyka. Tradycyjnie w Lutowiskach zajeżdżamy aby zrobić ostatnie zapasy na które wcześniej brakło czasu.
Ciągnie przenikliwy ziąb, trzeba ubrać kurtki i na wszelki słuczaj dokupić coś mocniejszego.
Późna pora wygoniła ostatnich klientów do domu. Spokojnie podjeżdzamy kilka kilometrów dalej do zagubionego przydrożnego sklepiku. Oczywiście nie ma nikogo.
O przepraszam ! jest właściciel który miał już chwilę temu zamknąć , ale jakby przeczuwając że może się coś zdarzyć nie uczynił tego. To są te właściwe klimaty. Głęboka noc położyła się nad szumiącym w oddali Sanem a my sączymy sobie złocisty napój gaworząc z gospodarzem o miejscowych plotkach.
O chatach które są , a których nie było, o chatach których nie ma a będą, o kasie której brakuje szczególnie w piekiełu,
Nie wytrzymuje i pyta : a wy gdzie ?
- do Lutka
- to pozdrówcie go ode mnie
- jasne i do widzenia.
Bez problemu wyjeżdamy na Wyżną , tylko ten deszcz, jakby nie z tej pory się urwał. Nic to. T
rzeba się tylko odpowiednio omotać.
Nikt tu nie przyjechał dla przyjemności.
To że jest ciemno, ślisko i do domu daleko ? To cóż właśnie o to chodziło. A deszcz, cóż taki deszcz.
Zarzucamy plecaki i ruszamy w górę. Niespiesznie, no bo po co się śpieszyć? Czy my jesteśmy z tych co najszybciej biegają po górkach ?
No na pewno nie.
A przerwy są najfajniejsze, tym bardziej że oferowany asortyment jest prima sort. Niby taka prosta naleweczka ! a ile zawiera w sobie optymizmu i siły. Człapiemy jak kaczuszki po wodzie spływającej duktem pomazianym żółtą farbą. A w dodatku deszcz przestał padać bo wleźliśmy w chmurę.
Jest bosko.
Znaczy jest hu......o
Nasz spokój tworzony jest przez świadomość tego domku. On tam na pewno stoi i jest otwarty zarówno dla kasiastych jak i popapranych.
Spokojnie możemy podążać z taką świadomością.
Na połoninie widoki jak to widoki , są prześliczne, ciemno, chmurzasto i śniegow-błotniście. Ale gwiazdka nadzieji świeci w oddali.
To gwiazdka pokazująca lokalizację schroniska.
GOPR-owiec czuwa i ze zdziwieniem patrzy w naszą stronę. Poza tym żywego ducha.
Pytamy o Lutka, ale nie ma go w tej chwili na tej półkuli.
Ściągając zamoczone ciuchy bierzemy się do rozpalania prześwietnego kominka, hałasując przy okazji.
I tu się sprawa rypnęła. Obudziła się Dorotka i wykazała postawę właściwą w takim miejscu opiepszając nas na dzień dobry (na dobranoc)
najbardziej za to że zabraliśmy goprowskie drewno.
Jasny gwint, sprawa się rypła.
Próbowaliśmy ją udobruchać, ale wiecie jak jest gdy ktoś was obudzi w środku snu .
Pozostało nam tylko w cichych tonach spłukać ze siebie resztki cywilizacji. Do płukania jest dobra naleweczka.
Dobranoc
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)