Poranek. Po raz kolejny przekręcam się na pryczy.
Huk. Potężny huuuuk dominuje nad wszystkim.
Łapię się za głowę , ale nie przestaje, znaczy się - to nie to. Ten huk dochodzi z zewnątrz. Tak jakbym stał na lotnisku obok maszyny przygotowującej się do lotu.
Potężny huk warczących silników.
Nie do końca dowierzając własnym zmysłom zwlekam się z łoża. Łyk czegoś co wyostrzy zmysły i ruszam na dół. Natykam się na jegomościa w czerwono-niebieskim kubraczku. Oczywiście, że w czasie dyżuru taki stój jest obowiązkowy. Otrząsując z siebie resztki śniegu opowiada że był właśnie odczytać na wskaźnikach siłę wiatru.
120 km/h
Teraz już wszystko jasne skąd ten olbrzymi huk. Cieszę się że chata w zasadniczej części jest murowana.
Rozniecony na powrót ogień w zbawczym kominku oddaje zbawienne ciepełko. Z przyjemnością można zasiąść do śniadania w tym klimatycznym, niepowtarzalnym wnętrzu. Śniadanie z nieznanych powodów wydłuża się i wydłuża.
Tak właściwie to powody są znane. Ten huraganowy wiatr wyprostował momentalnie nasze plany na dzisiaj. Jak najszybciej zejść w doliny. Nie jesteśmy przygotowani na takie warunki. Nie mamy sprzętu, ani właściwego (czyt. odpornego) ubioru, nie mówiąc o okularach itp..
Czas się pożegnać
Starannie spakowane plecaki, przytroczone troki które na wietrze mogą zrobić wiele szkody, ubrane wszystko co było i wychodzimy.
Już na narożniku budynku podmuch wiatru zakołysał całą moją sylwetką. Ostatnie zdjęcia (foto) w tych warunkach i idziemy. Przez malutki otwór w zaciągniętym kapturze wypatrujemy majaczących w chmurze słupków wbitych w śniegową ziemię. Mimo że idziemy trasą znaną nam na pamięć, to w pewnym momencie tracimy orientację.
Wiatr odrywa z powierzchni odrobiny śniegu i wali w nas z wściekłością. W ciągu kilku minut twarz nabiera nowego, czerwono- zimnego kolorytu. Zimno przeszywa końcówki palców i słabo osłonięte nogi. Na szczęście odzyskujemy właściwy kierunek i odpadamy z grani w dół. A tam już za chwilę wchodzimy w las.
Las który stanowczo walcząc z wiatrem daje osłonę. Tu już był luzik.
Po następnej godzinie , gdy wyszliśmy poniżej chmur, naszym oczom ukazał się łagodny widok cichej doliny (foto) z malowniczą drogą w tle.
Nie wierząc własnym oczom i uszom wchodziliśmy w krainę łagodności.
p.s. dwie godziny później nad zielonymi polami Lutowisk zaświeciło słoneczko.



Odpowiedz z cytatem
Zakładki