Szlacheckie słowo nie dym więc Sir Bazyl wymógł na mnie spotkanie (które odwlekałem z notorycznego braku czasu) i uroczyście wręczył mi dyplom. Zagrały fanfary, gawiedź się zbiegła i nastąpiło komisyjne mierzenie czapeczki. Szczerze przyznam, że byłem pełen obaw po doświadczeniach z czasów minionych, kiedy to armia nasza (silna, zwarta i zdyscyplinowana, pełna wdzięku i bezpretensjonalności) musiała wysłać szefa kompanii do strategicznych magazynów aby znaleźć hełm na moją kapkę przydużą czaszkę. Niesłusznie: czapeczka jak ze mnie zdjęta. Po tłumie przeszedł pomruk uznania a ja zabrałem się za wyciągnie prezentów... znaczy się nagród. Czego tam nie było... (nie było na ten przykład słynnej na pół Polski tinktury, skonfiskowanej przez obecnych na KIMBie dzięki czemu głowa mnie dzisiaj nie boli i słońce nie razi). Mapy, przewodniki, informatory i gigantycznych rozmiarów album (będzie jak nic na nagrodzone zdjęcia) wprowadziły mnie w stan tak głębokiej euforii, że Sir Bazyl w trosce o zdrowie zgromadzonej gawiedzi musiał studzić moje emocje zakupionym naprędce nektarem. Jako że z nikim nie chciałem się nagrodami dzielić tłum rozszedł się zawiedziony, zaś Sir Bazyl jeszcze chwilę kurtuazyjnie mi potowarzyszył. Gdy tylko przekonał się, że ochłonąłem nieco i on czmychnął jednak w jakąś mało uczęszczaną uliczkę.
Nagrody jednak pozostały
Raz jeszcze dziękuję za zaszczytny tytuł i za całą górę nagród. Szczególnie za jedną mapę, którą już kiedyś miałem a mi zginęła i cholera mnie brała za każdym razem, jak jej potrzebowałem
Bartek



Odpowiedz z cytatem