Duży pies , bodajże labrador bardzo sympatycznie się przykoleguje. Jego opiekunowie również.
Zaczęło się niewinnie gdy zostaliśmy poproszeni o degustowanie wiśnióweczki, ponoć w specjalnej wersji bieszczadzkiej.
Okazało się że chłopaki są z Krosna i dzisiejszy dzień błądzili po Jaśle i Okrągliku (co by nie naruszać równowagi parku obecnością psa)
Gdy dowiedzieli się ze jesteśmy z Rzeszowa, prosto z mostu powiedzieli że nie lubią tego miasta.
Ja im na to że nie lubię Krosna bo ostatnio będąc tam pewien gość wjechał mi w dupę.
Gdy już wyszło że sprawca zdarzenia pochodził z Korczyny sytuacja ociepliła się.
Zaproponowaliśmy degustację soku z gumijagód świeżo przywiezionego przez nas za wschodniej granicy (7niewiast)
I tym sposobem włączona została w krąg degustatorów gruchająca parka z Poznania, a potem samotny osobnik z Torunia , potem rodzina z dzieciakami z Wawy itd itp.
Dzięki tym krośniakom schroniskowa sala została zamieniona z wyciszonej, przytulnej oazy we wspólną , ogólną imprezową biesiadę.
Przybywali kolejni ludzie którzy się samoistnie przedstawiali, mówili o swoich traskach dokonanych i tych w planach.
Nagle okazało się że wszyscy są jedną rodziną o wspólnych celach.
Jeden z kolegów przypomniał sobie że grał kiedyś w zespole i ze ścian zeszły gitary.
Dzisiaj nie pamiętam dokładnie co było grane, co było śpiewane - ale wszyscy w tym uczestniczyli.
TO taki wieczór, niesamowity wieczór, gdzie wszyscy jesteśmy razem i świetnie się z tym czujemy.
Niezaplanowany, spontaniczny, prawdziwie bieszczadzki.
A za oknem prószy marny śnieg i ciemność wokoło.