Cytat Zamieszczone przez Krysia Zobacz posta
Ło matko kolejny topic o mleku;-))
Asiu jesteś trochę w błędzie. Trochę, bo i owszem wielu gospodarzy polikwidowało bydlaki na wsi, ale wielu powstało na ich miejsce, tylko, że oni się już specjalizują stricte w produkcji mleka.
Niemniej jednak gospodarstw gdzie dziadek z babcią mają po 2-3 krowinki jest jeszcze całkiem sporo.
Nie znam statystyk od Was, ale mogę powiedzieć, że tylko w moim powiecie mamy zarejestrowanych ponad 2200 stad bydła.
Powiecie;-)więc niezła ilość stad. Samych zwierząt nie jest to jakaś nie wiadomo jaka liczba, właśnie przez te stada po 2-3 krowinki. To też jest stado takie samo jak to co ma ich 400.
Co do przepisów odnośnie pozyskiwania mleka masz rację, dlatego gospodarstw stricte mlecznych aż tak wiele nie jest. Ale są to gospodarstwa oddające mleko do mleczarni, a cała reszta w dalszym ciągu produkuje mleko, tylko nie sprzedawane jest do mleczarni, a albo dla siebie, albo dla sąsiadów, albo na rynku.
Tak czy siak z bydłem nie jest źle;-)
Przynajmniej u nas Asik;-)
Krysia - przyznaję - nie mam zielonego pojęcia ile krówek przebywa aktualnie na terenie mojego powiatu i nie mam pojęcia ile krówek pasie się w Bieszczadach. Na pewno w tej dziedzinie masz nieporównywalnie większą wiedzę od mojej. To co napisałam wynika raczej z moich osobistych porównań tego co pamiętam z dzieciństwa z tym co jest teraz oraz z tym co mowią Ci, którzy kiedyś krówki hodowali a teraz nie hodują. Chodzi o to, że kiedyś posiadając krowę lub dwie, trzy krowy w przydomowej oborze nadwyżkę mleka, ponad to co zużyło się do własnych potrzeb można było bez wielkich ceregieli sprzedać z pomocą (jeśli się nie mylę) gminnej spółdzielni mleczarskiej. Dzisiaj jest to niemożliwe - po pierwsze dlatego, że idea gminnej spółdzielczości raczej w tym zakresie podupadła a poza tym, przy dzisiejszych zasadach produkcji i pozyskiwania mleka przeznaczonego do produkcji (HACCP i inne takie nowości) nie wiem czy do skupu może być przyjęte mleko np. dojone ręcznie (a nie każdego rolnika stać na mechaniczną dojarkę dla jednej czy dwóch krów). To tylko przykład ale takich ograniczeń jest na pewno więcej. I dlatego tych miejsc, gdzie w oborze stoi sobie krowa lub dwie krowy jest już bardzo malutko (na terenie mojego powiatu również ) - czasami tam gdzie wśród młodszego pokolenia są w gospodarstwie starsze osoby, dla których posiadanie krowy to święte od pokoleń prawo i obowiązek (ale z każdym rokiem coraz mniej takich miejsc) a częściej tam gdzie powstało gospodarstwo agro - dla przyciągnięcia turystów albo tam gdzie właściciel takiej krówki ma pomysł co z tym mlekiem dalej zrobić - tj. np zrobić z niego pyszny serek i sprzedać turystom. Bo dzisiaj - oprócz tego, że taką krowę nakarmisz, oporządzisz i wydoisz musisz jeszcze zadbać osobiście o zbyt lub przerób i zbyt tego mleka.
Rozumiem więc tych, którzy mimo, że przez wiele lat krówki posiadali, teraz ich nie mają. Rozumiem, że tańsze jest dla nich kupienie mleka w sklepie, niż napicie się pochodzącego od własnej krowy własnoręcznie wydojonej, bo oprócz tego, że produkt finalny tj mleko od takiej krowy nie ma sobie równych to trzeba jeszcze te krowę nakarmic, oporządzić, no i codziennie wydoić - czyli ogranicza to np możliwość przebywania poza domem, co kiedyś nie miało takiego znaczenia jak dzisiaj (a życzliwych sasiadów, którzy chcieliby i umieli taką krowę oporządzić i wydoić w razie czego też coraz mniej).
Skutek tego wszystkiego jest jaki jest - albo specjalistyczne gospodarstwa spełniające wymogi i oddające mleko do skupu, albo własny warsztat rękodzielniczy mleczno-serowy.

Nie czepiam się więc, że ludzie nie chcą hodować krów tak jak kiedyś. Rozumiem, że w dzisiejszych realiach jest to trochę bez sensu. Krówki w Bieszczadach widuję (jeśli bardzo chcę napić się mleka prosto od krowy to też wiem gdzie iść) ale minęły bezpowrotnie czasy, kiedy każda prawie wioska tętniła, ryczała, muczała, meczała, beczała, gdakała, śmierdziała oborą i stajnią, pachniała sianem i mleczkiem cedzonym przez pieluchę a dokoła były pola uprawne, słychać było jadące wozy i traktory.
Wśród naszych sąsiadów chyba najwięcej takich klimatów jest jeszcze rzeczywiście na Ukrainie i pewnie na Białorusi (ale białoruskich krówek nie dane mi było póki co jeszcze zobaczyć). U południowych sąsiadów raczej obserwowałam te same zjawiska co u nas (ale może też nie widziałam wszystkiego). W czeskich podszumawskich okolicach, które bardzo przypominają mi Bieszczady też raczej widywałam pasące się większe stada a pojedynczych krów w przydomowych oborach raczej nie było.

Przepraszam Don Enrico za takie rozwinięcie się w temacie krówek. Ciekawe dokąd po „krowim” przystanku Don Enrico powędruje dalej…