Heniu.
U mojej ciotki na wsi, do której jeździłam przez całe dzieciństwo i wiek młodzieńczy (hehe), też były takie krowy. Czarno - białe. Tylko nikt nie mówił o giepeesach, bo wtedy tego słowa to nawet nie było.
Całe stado krów wracało z pastwiska gromadnie i bezbłędnie rozłaziło się we właściwe furtki. Krótko przed zachodem słońca słychać było krzyki "krowy idą!" i wtedy szybko się leciało i otwierało krowinom furtkę. Furtka była drewniana, na metalowych, zawsze krzywych zawiasach. Miała haczyk, ale nikt nigdy tego haczyka nie używał, no może my, dzieci, w zabawie. Krowy dostojnie wchodziły na podwórko, popiły wody z korytka, pochodziły chwilę i wchodziły w drzwi obory. Obora była budowana jeszcze przez pradziadka, z kamieni polnych spajanych cementem i tynkowanych na biało. Tynkowanie się starło i kamienie wyłaziły. Okna były obramowane cegłami, takie ostrołukowe. I solidne drewniane wrota. A potem były dźwięki... brzęk łańcucha, chlupot wody, którą się myło krowom cycki i okrzyki cioci "nastąp się!" i "stoj!" (tak, stoj, nie stój), a potem charakterystyczny dźwięk pierwszego sika do pustego wiaderka. Ciocia miała taki mały stołeczek na trzech nogach, z wyślizganym siedzeniem od częstego używania. Stał sobie w kącie obory i miał nogi wiecznie uwalane gnojem pomieszanym ze słomą. Wiaderka były emaliowane, zazwyczaj niebieskie lub białe, z metalowym prętem i drewnianą rączką. Niosło się je do domu, z takim pieniącym mlekiem w środku i trzeba było tylko poczekać, żeby zostało przecedzone. I można było pić. A do tego ciasto drożdżowe lub bułka z masłem.
I dlatego, kiedy dziś piję mleko do krowy, w oczach staje mi dzieciństwo i lato u cioci. I cieszę się widokiem, kiedy wieczorem przez wieś w Beskidzie Niskim ciągną krowy z pastwisk w górze doliny.
Tyle, ze sąsiad doi już dojarką. Ale zapach mleka jest ciągle taki sam i mleko tak samo pieniste.
A.. tak się rozmarzyłam...



Odpowiedz z cytatem