Nie obchodzi mnie, czy to będzie czarownica na miotle, czy paralotniarze. Jeśli zakłócą ekosystem i będą płoszyć zwierzynę, będziemy ich karać. Od mandatu do sprawy w sądzie - zapowiada Tomasz Winnicki, dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego
Na początku kwietnia rozpoczął się Bieszczadzki Puchar Paralotniowy, ale w tym roku zawodnicy będą mieć utrudnione zadanie. Jeśli nie będą się chcieli narazić na niemiłe spotkania z pracownikami Bieszczadzkiego Parku Narodowego, to będą musieli staranniej wybierać trasy przelotów. Bieszczadzki Puchar Paralotniowy to zawody, które wymagają od pilotów sporych umiejętności. Każdy pilot, korzystając tylko z urządzeń GPS i map, musi sam sobie wybrać miejsce startu i, wykorzystując korzystne prądy powietrzne, dolecieć jak najdalej. Rekordowy przelot należy do Michała Wardy z Rzeszowa, który w ubiegłym roku, startując w Bezmiechowej, przeleciał 103 km i wylądował w okolicach Lubaczowa.

Zawody trwają od kwietnia do września. Każdy z zawodników sam wybiera sobie miejsce i czas startu.

- Dobre warunki do latania są nad Bieszczadami, ale w regulaminie Bieszczadzkiego Parku Narodowego znalazł się zakaz latania paralotniami nad terenem parku. Chcieliśmy uzgodnić z parkiem zasady, na podstawie których moglibyśmy latać nad tym terenem, ale usłyszeliśmy, że niszczymy ekosystem i zgody nie będzie. Piloci nie chcą być ścigani przez strażników, dlatego nie zgłaszają się do zawodów - opowiada Wacław Kuzło, paralotniarz, współorganizator pucharu.

Tomasz Winnicki, dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego, wyjaśnia: - Rzeczywiście paralotniarze ingerują w ekosystem. Ustawa o ochronie przyrody art. 15, ust. 3 zabrania na terenie parków narodowych i rezerwatów płoszenia zwierząt kręgowych. Bieszczadzki Park Narodowy jest szczególnym miejscem z bogactwem fauny puszczańskiej. My musimy to chronić. Dla nas jest jasne i oczywiste, że pojawienie się paralotni wywołuje strach i stres u zwierząt. Jeśli pojawi się cień ptaka drapieżnego, ptaki śpiewające, drobna zwierzyna odczytują to jako sygnał zagrożenia. Ptak drapieżny ma prawo polować na inne zwierzęta, ale lotniarz jest elementem obcym w tym środowisku.

Paralotniarze przytaczają argument, że prawo lotnicze nie zabrania im latania nad parkami narodowymi. - Na mapach lotniczych są zaznaczone miejsca, nad którymi nie możemy latać. Nie ma tam Bieszczadzkiego Parku Narodowego - mówi Kuzło.

Rzeczniczka Urzędu Lotnictwa Cywilnego Katarzyna Krasnodębska potwierdza racje paralotniarzy - Jak wynika z art. 124 ust. 1 ustawy Prawo lotnicze, zakaz lotów nad parkami narodowymi i rezerwatami przyrody dotyczy tylko statków powietrznych z napędem, a więc nie motolotni, lotni i paralotni. Minister infrastruktury może ustanowić taki zakaz w rozporządzeniu wykonawczym, jednak do tej pory tego nie uczynił. Uzupełnieniem wspomnianego art. ustawy Prawo lotnicze jest poz. 10 załącznika 1 do Rozporządzenia ministra infrastruktury z dnia 9 października 2003 r. w sprawie zakazów lub ograniczeń lotów na czas dłuższy niż trzy miesiące. Zgodnie z zawartym tam zapisem zakaz lotów nad Bieszczadzkim Parkiem Narodowym dotyczy tylko lotów wykonywanych przez statki powietrzne z napędem na wskazanym tam obszarze i na wysokości poniżej 1000 m nad poziomem terenu.

- Zależy nam na dalekich lotach, dlatego latamy na wysokości 2000 metrów - dodaje Kuzło. Dla dyrektora Winnickiego nie jest to argument. - Stojąc na Połoninie Wetlińskiej, nieraz widziałem paralotnie znajdujące się poniżej. Nie zgodzimy się na to, żeby ktoś płoszył zwierzęta kręgowe, głównie ptaki - stwierdza dyrektor parku.

Dlatego jeśli strażnicy parku zobaczą paralotniarzy lecących nad parkiem lub lądujących na jego terenie, będą ich karać.

- W takiej sytuacji paralotniarze powinni zwrócić się do ULC z oficjalnym pismem. Wtedy urząd zajmie się tą sprawą - radzi rzeczniczka ULC.