Karola, nie można bywać w Bieszczadach nie zakłócając "tego rytmu".
Każdy z nas, gdy tylko pojawi się na miejscu w mniejszym lub większym stopniu wpływa na przyrodę negatywnie.

Tak więc sprowadza się to do problemu, by stopień tej ingerencji był jak najmniejszy lub jak najmniej szkodliwy.

Ja rozumiem paralotniarzy, że skoro piechurom wolno tam bywać, to dlaczego im odmawiamy tego prawa.
Teoretycznie rzecz biorąc, to nie trza paralotni, by tę sąsiadkę Długiego do porzucenia lęgu skłonić.
Podobnie pomyśli cyklista.

Zakładam, że wszyscy podzielają pogląd, że sporty motorowe uprawiane po lasach, czy połoninach są przesadą.

Tam trafia masa ludzi, gdyby przyjeżdżało tam kilka tysięcy rocznie, to nawet jeepy, czy motolotnie nie narobiły by tyle syfu, co obecnie wycieczki piesze.

Może to mniej o empatii, a więcej o obiektywizmie, ale mam nadzieję, że zrozumiale


Pozdrawiam:)