Dzień ostatni.
Wstaję raniutko, zjadam śniadanko i czekam na Barnabę. Umówiliśmy się, że przyjdzie do mnie na 9:00. Jest 9:00. Barnaby niet. Jest 10:00 to samo. Dochodzi 11:00.Jestem ździebko podk… zdenerwowany. Postanawiam połazić samotnie. Zostawiam kartkę synowi, kiedy wrócę, dzwonię do Renatki i wyjeżdżam. Jadę najpierw asfaltem, potem skręcam na inny asfalt, mijam „Krzywy Domek”. Asfalt się kończy, Jadę dalej. Dziury małe i duże. Jadę dalej. Zatrzymuję się przy drodze, która odchodzi w bok. Zostawiam karawan i dalej idę pieszo. Najpierw oglądam miejsce po cerkwi i stary cmentarz. Uwielbiam takie miejsca. Później starą drogą idę dalej. Pusto. Żadnego człowieka. Po prawej galopują czworonogi. Widok przepiękny
Stoję i patrzę. Zastanawiam się czy dadzą sobie radę bez ingerencji człowieka?. W końcu stwierdzam, że życie pokaże. Idę dalej aż droga się przekształca w drogę zrywkową. Skręcam w stronę lasu. Przeskakuję wartki potok i stopniowo wyłażę pod górę. Zaczynają się pokazywać coraz odleglejsze partie Bieszczadu. Chcę zrobić zdjęcie telefonem i wysłać Renatce. Niestety telefonu nie mam. Jestem trochę zaniepokojony, ale uspokajam się, że komóra jest w karawanie. Powoli, wszak nikt mnie nie goni idę sobie grzbietem podziwiając widoki. W końcu złażę w dół przeskakuję potok i docieram karawanu. Tu sprawdzam i stwierdzam, komóry nie ma. A wyjeżdżając dzwoniłem do Renatki. Znaczy się zgubiłem. Wszystko, co w niej było, było tylko w niej. Nie zarchiwizowane. Siadam, myślę. W myśleniu pomaga mi puszka, a raczej jej zawartość. Kiedy mogłem ją zgubić? W każdym momencie, ale najprawdopodobniejsza jest chwila, kiedy przeskakiwałem potok. Wtedy prawdopodobnie wypadł mi z kieszeni przypiętej do paska. Wsiadam do karawanu i jadę do końca drogi. Potem pieszo przez las. Dochodzę do potoku. To nie to miejsce. Po kilku chwilach znajduję miejsce, w którym przeskakiwałem potok. Przeskakuję. Na brzegu nic nie leży. Znaczy się pudło. Nie poddaję się idę dalej. Po kilku krokach przecieram oczy. Nie. Nie, mylę się. To moja Nokia sobie leży i czeka na mnie. Wiem, że od rzeczy zgubionych jest Św. Antoni, ale gdzie ja go tu znajdę? Jest w pobliżu Matka Boska Łopieńska. Postanawiam się, więc jej pokłonić. Wracam do karawanu. I jadę. Wracam do drogi. Objeżdżam górę. Wjeżdżam w następną dolinę. Jadę do końca. Aż za cmentarz. Potem pieszo. Najpierw pod górę potem w dół. Po drodze mijam mały budynek. W końcu widzę cerkiew. Po kilku chwilach jestem przy cerkwi. Wchodzę do środka. Jest to cudowne miejsce. Zawsze, jak tu jestem czuję to samo. Nawet tego uczucia opisać nie umiem, ale coś mnie tu ciągnie. Chwila zadumy. Wpis do zeszytu i powrót. Nie powiem. Chciałem na skróty, ale mi nie wyszło. Wróciłem na szlak i jak po sznurku wróciłem do karawanu. Wracam do miejsca noclegu, ale tam Barnaby nie było. Jadę, więc do niego. Reszta niech zostanie między Barnabą, mną i jeszcze kimś, kto tam był. Jeszcze tylko jazda do Sanoka po Barnabową komórkę i powrót w Bieszczad. I to by było na tyle.
Pozdrawiam wszystkich, a zwłaszcza tych których spotkałem podczas tego wyjazdu



, zjadam śniadanko i czekam na Barnabę. Umówiliśmy się, że przyjdzie do mnie na 9:00. Jest 9:00. Barnaby niet. Jest 10:00 to samo. Dochodzi 11:00.Jestem ździebko podk… zdenerwowany. Postanawiam połazić samotnie. Zostawiam kartkę synowi, kiedy wrócę, dzwonię do Renatki i wyjeżdżam. Jadę najpierw asfaltem, potem skręcam na inny asfalt, mijam „Krzywy Domek”. Asfalt się kończy, Jadę dalej. Dziury małe i duże. Jadę dalej. Zatrzymuję się przy drodze, która odchodzi w bok. Zostawiam karawan i dalej idę pieszo. Najpierw oglądam miejsce po cerkwi i stary cmentarz. Uwielbiam takie miejsca. Później starą drogą idę dalej. Pusto. Żadnego człowieka. Po prawej galopują czworonogi. Widok przepiękny
Odpowiedz z cytatem

Zakładki