"Znów przyszedł twój wielki dzień,
na plecach rośnie podróżny garb..."
To fragment tekstu piosenki złożonej przez moich kolegów z liceum. Zdolne bestie były... I wreszcie nadszedł nasz wielki dzień - sobota, 10 maja. W przeddzień Kum podnosi nam ciśnienie dzwoniąc i nadając, że wsumielepiejmubyłobyiczymógłbywzasadzieruszyćw Biesywchrzestnąniedzielęranobotodużaoszczędno ćczasuitepeitede...
Udaje mi się wybić mu tę opcję z głowy. Żeby zdążyć na niedzielny chrzest w Łopience o godz. 15 - nie znając trasy i miejscówki - musiałby wyjechać z Warszawy o jakiejś 3 rano i tego samego dnia wracać na Kumowej łono, więc żadna oszczędność.
Ale póki co jest sobota. Wyruszamy ze stolicy - Marcowe z Kumą - ok. 10 rano i po spokojnej podrózy meldujemy się w Wetlinie ok. 19. Po rozłożeniu się w Łuce ruszamy - jak na niedzielnych bieszczadników przystało - do Bazy Ludzi. Marcówna zasypia w nosidełku, ale ewidentnie klimat jej odpowiada, bo nie budzą jej nawet gromkie powitania i pieśni z szafy grającej. Po spełnieniu dwóch kufelków wracamy na gościnny Manhattan do Państwa Dobrowolskich i przed północą kładziemy się do zasłużonego snu.
Spokój burzy Kum, któren dzwoni, bo właśnie dociera do Wetliny i chciałby wiedzieć, gdzie śpi. Ostatkiem sił zwlekam się z wyra i postanawiam zjechać z Manhattanu do drogi, by Kuma podprowadzić do noclegu, bo sam nie trafi. Docieram do drogi publicznej, skręcam w lewo, na Ustrzyki. Orientuję się w pomyłce i wzdycham ciężko - przecież Kum przybędzie z prawej strony, od Cisnej. Ale nie mam czasu na analizy. Przed oczami zapala mi się czerwona latarka, którą w ręku trzyma miejscowy pan policjant przyczepiony do służbowego terenowego mercedesa. W drugiej ręce trzyma tester-balonik.
K***a mać.
CDN


Odpowiedz z cytatem