I mamy chrzestną niedzielę.

Po nocnych emocjach wstalibyśmy później, ale Marcównej wyraźnie podoba się w Wetlinie i domaga się porannego wyjścia na spacer. A na temat spaceru nie daje się z nią negocjować. Po smacznym śniadaniu wysyłamy Kuma do spowiedzi, Kumę... Bóg wie gdzie, a sami ruszamy na spacer w stronę połoniny. Po drodze oddychamy głęboko i pojękujemy sentymentalnie. Oglądamy też pachnące farbą chyże, które powstały w okolicy. Takie budowanie to chyba dość popularny miejscowy sport...

Docieramy do kasy BdPN i zawracamy, dalej wózek nie przejedzie. Wracamy na "Manhattan", bo Marcowa musi się urychtować na uroczystość. Pod "Łuką" spotykamy Kuma. Chyba niespecjalnie nagrzeszył, bo drogę powrotną pod górę pokonuje w postawie wertykalnej, nie zaś na kolanach. Wymieniają się z Marcową i panowie - w towarzystwie śpiącej Marcówny - ruszają ponownie w stronę kas, bo innej trasy przyjaznej dla wózka raczej w okolicy brak.

Wracamy do bazy w okolicy południa. Trzeba się szykować, bo do Łopienki kawał drogi, a my planujemy wyjechać ze sporym zapasem. Na szczęście.


CDN