Wróciliśmy na lunch akuratnie i wtedy jakiś cholerny bies mnie kusić zaczął, by szkapy popodglądać...żeby go chudy byk.
Tak więc wjechałem w tę drogę, piknie było. Stanęliśmy sobie na drodze, by na dolinkę retortowym dymem przyozdobiona popatrzeć...a potem na preirę wyjśc, gdzie mustangi latają.
Nie omieszkałem oczywiście pobliskiego cerkwiska odwiedzić...
...i wtedy bies od kuszenia do czynów przeszedł wpychając mnie na jakoweś kamulce, które wzięły i podziurawiły mi miskę.
Serce mi sie krajało, gdym zobaczył jaki syf po sobie zostawiam.
Potem dopiero doszło do mej mózgownicy, że przecież bez oleju nie pojadę.
Nakręciłem i dotoczyłem rzęcha do szczytu siła 4 koni...konia i 3 kobył niemechanicznych, po czym wsiedliśmy pojechali my w ciszy do samej autostrady stężnickiej.
Tam niestety większy podjazd nas czekał i trza było polecieć do góry po zasięg, a wtedy wezwałem oddział ratunkowo-pociągowy w jednej osobie. Towarzystwa w oczekiwaniu na pomoc dotrzymywał mi kóń, co to mu sie zagroda znudziła chyba.
I wyciągli my złom na górkę w końcu...a potem...pęd we włosach z otwartego okna i szum opon jeno, gdym na luzie sobie do samiuśkiego Baligrodu pędził...serce na wyższe obroty nakręcając, gdy do hamowania przychodziło ... a pedał taki twardy
Niestety, jako że musiałem być niebawem w domu, co by w poniedziałkowy poranek pilnować uczciwości testu, co to wyjście z wieku cielęcego ma niby udowadniać trza było skorzystać z usług Veoli, czy czegoś tam...Niestety sobotni obchody Dnia Strażaka, czy czegóś tam sprawiły, że majstrowie imprezowali.
...skołatane nerwy ukoił strumyk ....no i mała flaszeczka...średnia prawdę mówiąc była.



Odpowiedz z cytatem