nocleg wypada na lakowym wzgorzu. Wieczorem toperza i kube nachodzi by potarzac sie w trawie wiec mamy pokaz roznych sztuk walki, glownie konfrontacje taekwondo z boksem.
w nocy mamy odwiedziny.Przylazi trzech zamaskowanych gosci, w panterkach i kominiarkach na twarzach. Chca sprawdzic dokumenty. Najpierw mowia ze tu jest szlak przemytu ludzi z azji a my jestesmy terrorystami i oni nas aresztuja i mamy zejsc do wioski na przesluchanie. Potem mowia ze sa straza ktora pilnuje tu porzadku bo rozbilismy sie w rezerwacie gdzie zyja jakies robaczki z czerwonej ksiegi a wogole to teren prywatny a ich wynajeto do ochrony. A taka ekipe jak my, z plecakami to widza tu poraz pierwszy, popularne marszruty przez gory przebiegaja inaczej wiec wogole jestesmy podejrzani. Caly czas odgrywaja scenki z rosyjskich filmow gangsterskich- strzelaja z wiatrowki w powietrze, i musze sie hamowac by sie nie rozesmiac--odpalaja sobie na wzajem fajki i gadaja , cholera wie z kim przez komorke.. jaki tytul mial ten film co ogladalismy w łumszorach??
najpierw strasza nas wiezieniem a potem domagaja sie mandatu 500hr od osoby za niszczenie przyrody. Mimo ze maja caly czas maski na twarzach to mamy wrazenie ze dwoch z nich to totalne malolaty- moze z 15 lat maja max. Trzeci jest starszy. Jak rozmowy nie przynosza skutku, to wszytskim nam przechodzi przez mysl, ze najlepiej to by sie postawic sila, odebrac im wiatrowke, spuscic łomot i zmykac w przeciwna strone.. Ale kto wie ile kumpli siedzi w lesie...
godziny mijaja, my gawedzimy..Cena "mandatu" nie spada wiec trzeba cos dzialac. Nurkuje w namiocie i wyciagam wodke. Nasi partyzanci sobie z checia pociagaja, wznosza rozniste toasty, ktorys rzuca haslo "moze i terrorysci ale tacy ludzcy", ogolnie sytuacja sie rozluznia.. opowiadaja ze "komandir" ich przyslal, ze oni nic do nas nie maja, ale ze na namiot to wybralismy najgorsze miejsce w okolicy..najstraszy opowiada ze chcialby sie ozenic ale nie ma kasy na huczne wesele. Chwali sie tez nowa komorka z kolorowym wyswietlaczem. Mija kolejna godzina... w miedzyczasie zjawia sie "komandir"- duze spasle bydle, tez w masce na twarzy, nie chce z nami gadac tylko na nich cos krzyczy i wraca w las.. to jednak jest obstawa lesna...
w koncu zbliza sie swit, nam sie juz nie chce z nimi gadac, im chyba tez nie... dogadujemy sie ze im damy od naszej czworki rownowartosc 50zl i zabierzemy sie stad. Co mnie niesamowicie dziwi- gdy namiotu mamy juz zlozone i odchodzimy to zostaja takie zgniecione placki trawy- jak to po namiotach.. a nasi partyzanci rzucaja sie na nie i rozczesuja trawe rekami przez kilka minut, coby wstala i nie bylo sladu po namiotach..zasypuja tez starannie slad po starym ognisku nieopodal (nawet nie nasz..starszy) Dostali kase, chyba o to im chodzilo?? od poczatku mialam ich za wiejskich opryszkow co przyszli zlupic glupich turystow...ale maskowanie terenu?? jaki to mialo cel?? moje zdziwienie jest na tyle wielkie , ze w polaczeniu z totalnym niewyspaniem trace glowe i zapominam zaproponowac wspolnego zdjecia :/
juz swit- schodzimy w strone ruskiego moczaru. Rozkladamy karimaty pod wielkim stogiem i ukladamy sie spac. Spimy gdzies do 10. Budzimy sie otoczeni stadkiem krowek i dzieci. Zarowno bydleta jak i pastuszki patrza na nas z rownym niepokojem jak i ciekawoscia. Jedna, najodwazniejsza dziewczynka podchodzi i kladzie mi na plecaku cukierka i szybko ucieka...moze to rzeczywiscie jakis nieturystyczny rejon???
schodzimy do wioski ruski moczar. Znajdujemy tu sklep ktory zdaje sie byc zamkniety, zagladamy do srodka- faktycznie prawie puste polki. Ale jakos nagle sie zjawia babka i nam otwiera. Chlopaki zostaja pod sklepem popijajac z zakurzonych kartonikow gruszkow-winogronowy soczek (termin waznosci 04.2004) ale nawet bardzo dobry :) a ja ide po wsi w poszukiwaniu mleka. mleko pozyskuje bardzo szybko oraz zaprzyjazniam sie z pania irina ktora zaprasza mnie do domu. Przyjezdza tu codziennie z wielkiego bereznego i opiekuje sie swoja 103 letnia babcia.- aby nie byc goloslowna pokazuje mi babciny dokument. Staruszka jest bardzo zwawa, jednak porzadkowac dom i zajmowac sie stadkiem kurek juz nie bardzo ma sily. Pani irina opowiada mi o swoim zyciu, o mezu ktory wyjechal do pracy do rosji i juz nie wrocil, o synu ktory bierze slub, oczywiscie wszytsko dokumentuje zdjeciami i czestuje mnie pysznym ciastem z poziomkami. Trudno sie wyrwac tej przemilej babce ale jakos mi sie w koncu udaje.
*
chlopaki sa troche na mnie zle, jak wracam po poltorej godziny i to jeszcze z butelka mleka wypita do polowy. W koncu sie zbieramy i idziemy na jawornik- szeroka bita droga wijaca sie serpentynami. Ja oczywiscie zdycham na podejsciu, przeklinajac swoj marny los i jak zwykle obiecujac sobie ze juz nigdy nie pojade w gory, marzac o tym by usiasc i nic nie musiec..
chlopaki wyrywaja do przodu a ja zostaje sam na sam z dusznym lasem i droga bez konca wijaca sie to w prawo to w lewo. Do marszu motywuje mnie jedynie fakt ze toperz ma nasza cala wode a ja nie mam nic przy sobie do picia.. w koncu wylaze na szczyt gdzie toperz kuba i grzes juz od dluzszego czasu wygrzewaja sie w sloneczku. Pare zdjec na szczycie i idziemy do miejsca oznaczonego na mapie jako 'dom turystow"
*
na pierwszy rzut oka miejsce wita nas malo przyjaznie,
ale po chwili okazuje sie ze chatkowy jest przemily a miejsce klimatyczne.
Oprocz nas jest jeszcze malomowny turysta z kijowa z synkiem i pracownicy budowlani ktorzy buduja druga chatke nieopodal- ktora ma byc wieksza i bardziej komfortowa- bedzie np. ruska bania i taras. Ale pradu rowniez nie bedzie.
*
wieczorem robimy impreze do ktorej najpierw dolacza chatkowy michal opowiadajc ciekawostki o okolicznych gorach i kupuje od niego ksiazke "na sciezkach ukrainskich karpat" ktorej jest wspolautorem. Pozniej idzie do swoich spraw a do imprezy dolacza kalman- cygan z uzhorodu. W chatce pracuje jako pomoc bo zna sie na koniach, sprzata, ale z chatkowym i budowlancami nie bardzo sie lubi. Jest bardzo gadatliwy, opowiada nam o taborze z wielkiego bereznego gdzie sie wychowal, o chorej matce w szpitalu, o nietolerancji wielu ludzi w uzhorodzie wobec cyganow, o bylej pracy na stacji benzynowej, i o nalogach hazardu wsrod chlopcow z uzhorodu grajacych namietnie na "gralnych awtomatach". Wieczor mija bardzo sympatycznie, choc w nocy cygana trzeba prawie zaniesc na stryszek.
![]()














Odpowiedz z cytatem