Darku, z wielkim zainteresowaniem przeczytałem wywiad z Tobą, w którym trochę odsłoniłeś kulisy swojej „emigracyjnej” decyzji. Można powiedzieć, że poszedłeś „na całość” - no bo jak inaczej nazwać taki radykalny krok życiowy ?
Ani Twojej decyzji życiowej nie krytykuję, ani nie jestem jej zwolennikiem. Wydaje mi się tylko, że ją rozumiem. Poniżej napiszę o identycznym rozwiązaniu, jakie 27 lat temu wybrał mój kolega z czasów uniwersyteckich, nazwijmy go M.A. Być może nawet on to przeczyta - swego czasu przemejlowałem mu link do Naszego Forum i poinformowałem o moim pseudonimie „Stały Bywalec”. Ale czy zaczął czytać forum - tego nie wiem.
Otóż M.A. to facet swego czasu naprawdę świetnie się zapowiadający, bardzo inteligentny i zdolny, o dobrym charakterze, do tego b. przystojny i z wielkim powodzeniem u płci pięknej. Wysoki (ponad 1,90 m) i w tzw. kaukaskim typie męskiej urody. Z osiągnięciami sportowymi w latach 70-tych.
W 1981 r., mając 30 lat, był doktorantem i młodym pracownikiem naukowym na UW. Polityką się czynnie nie zajmował, a ówczesne wydarzenia społeczne obserwował raczej z dystansu. Nieboszczki PZPR ani nie popierał, ani jej też nie zwalczał.
Był kawalerem - bezdzietnym, chociaż kilka razy o mało co nie został tatusiem.
Na jesieni owego 1981 r. wyjechał do Kanady trochę popracować (fizycznie) i przywieźć nieco twardej waluty do kraju. Na UW miał w tym czasie niewiele zajęć, jakoś ten wyjazd pogodził z obowiązkami akademickimi. Zresztą miał wrócić przed Świętami Bożego Narodzenia. Gdyby powrócił, na pewno byłby w tej chwili profesorem na Uniwersytecie Warszawskim. Doktorem habilitowanym, być może już z tytułem naukowym profesora. Dziś oglądalibyśmy go w TV, a książki jego autorstwa stałyby na półkach w księgarniach.
Ale nie wrócił. W Kanadzie dowiedział się o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego i uległ ogólnej psychozie strachu („rzeź” w Polsce, obozy koncentracyjne na stadionach sportowych, itp. brednie). Rząd kanadyjski zapewnił wówczas Polakom, którzy się tam znaleźli, pomoc materialną i socjalną, możliwość zdobycia potrzebnych kwalifikacji zawodowych, itp.
M.A. tę szansę wykorzystał. Języka nie musiał szlifować, gdyż angielskim władał biegle już od kilku lat, m.in. swobodnie czytając zagraniczną prasę specjalistyczną. Uznano mu polski dyplom i wkrótce zaczął pracować w Calgary jako urzędnik pewnej korporacji. Celowo nie podaję bliższych danych identyfikacyjnych, litery „M.A.” też nie zawierają inicjałów jego nazwiska.
W połowie lat 80-tych M.A. postanowił się usamodzielnić i założyć własny biznes. I tu mu, już na starcie, nie wyszło.
M.A. miał już wtedy trzydzieści kilka lat. Wg niego - dopiero trzydzieści kilka. Gdyby był jedynie „mózgowcem”, to prawdopodobnie powróciłby na drogę urzędniczej karierki. Ale on był także zdrowym, silnym i wysportowanym facetem, świadomym swoich ponadprzeciętnych możliwości fizycznych. Podjął się więc bardzo trudnej i niebezpiecznej pracy fizycznej, za to bardzo dobrze płatnej. Uchylę nieco rąbka tajemnicy - pracy związanej z morzem.
Pracę tę na ogół wykonują ludzie silni i młodzi - dwudziestokilkuletni. Poza tym nie powinno się jej, ze względów zdrowotnych, wykonywać dłużej niż dwa, trzy sezony (kilkumiesięczne). Natomiast M.A. poświęcił się jej o wiele dłużej (kilkanaście lat), a i rozpoczął ją będąc już dobrze po 30-tce.
W nowym zawodzie też w pewnym momencie zapragnął przestać być pracownikiem najemnym i rozpoczął działalność na własny rachunek. I znów biznes, też na samym starcie, mu nie wypalił.
Znów pech ? Mój kolega niczego nie przesądza, ale podaje wiele przykładów, gdy osoby rozpoczynające własny biznes padają na samym starcie. Często w niejasnych okolicznościach - dochodzi do wydarzeń, których się absolutnie nie przewidywało. Tak właśnie było, dwukrotnie, w kanadyjskim życiorysie mojego kolegi. Tak więc, Darku, bądź przezorny !
Z czasem doszło do tego, do czego dojść musiało. M.A. stracił zdrowie. Gdyby nie owa niszcząca organizm robota, byłby teraz wysportowanym „oldboyem”, a tak ?
Wyprocesował po sporych perypetiach rentę inwalidzką, która pozwala mu w miarę godziwie żyć, oczywiście w połączeniu z oszczędnościami z okresu ciężkiej pracy. Oszczędności te byłyby wyższe, gdyby nie bankructwo ostatniego „własnego” biznesu.
Paszport polski oczywiście zachował, do „starego kraju” przylatuje raz na 2 - 3 lata.
Jak sobie dziś żyje ? Ma 57 lat, mieszka w Vancouver w szeregowcu wzniesionym wg technologii szkieletowej (sto kilkadziesiąt metrów kw. powierzchni użytkowej) w chińskiej dzielnicy. Taka chyba lower middle class society. Jest żonaty (powtórnie) z dużo młodszą od siebie emigrantką z Polski, mają córeczkę - bardzo zdolne, ładne i w ogóle udane dziecko. Dom chyba już spłacili, chociaż nie jestem tego pewien.
Co kilka miesięcy budzi mnie nocnym telefonem i ucinamy sobie nieraz godzinną nawet rozmowę (twierdzi, że go to prawie nic nie kosztuje, chociaż nie jest to rozmowa via komputer). Ostatnio wprawił mnie w osłupienie - zastanawia się, czy by (na stare lata) nie powrócić do Polski.
I to byłoby, Dariusz, tyle. Tylko tyle i aż tyle.
Powodzenia !!!


Odpowiedz z cytatem