04 maj 2015
Okno sypialni na piętrze to okno na świat zewnętrzny, otwieram oczy o poranku i od razu widzę jak kapie z drzewa, nie skapuje tylko ciągle kapie, jest pochmurno i tak będzie cały dzień. Ogarniam się i jak zwykle wcześniej od innych schodzę na dół. A tu na dole Michał śpi przed kominkiem, czyżby w nocy był strażnikiem domowego dogasającego ogniska, a może opowieści o skrzypieniu podestu pod domem chciał skonfrontować? Kola padnięta, leży w rogu na kojcu i tylko zerknęła na mnie bym nawet nie ważył się na dziś coś wymyślać. Trochę pogłaskana i podrapana burknęła, że dość. Za wczoraj podpadłem, tak będzie do śniadania wtedy jest pora byśmy sobie pokerowo powiedzieli „sprawdzam”.
Ja ze śniadaniem poczekam tym razem na innych, nie będę budził Michała na dole, wychodzę przed dom, zostawiam lekką szparę na szerokość Koli, siadam na jakimś „zydelku” i obserwuję świat zewnętrzny. Nie obserwuję świata, który opanował tajemniczy wirus unicestwiający wszelkie wielokomórkowe organizmy cudzożywne. Już po chwili mój wzrok dostrzega życie, poczynając od kręgowców a kończąc na tych co nie posiadają tego wyznacznika, nie pomijam też przyrody nieożywionej.
Trafiłem właśnie na porę „czarnego” który pomimo deszczu, przyszedł bezczelnie i bezceremonialnie strzelić na kamieniu twardszy ekskrement i płynnie olać granicę na tyle, by jakiś miastowy goguś wiedział kto tu rządzi. Ale czujna i „rodząca się” opozycja już to zauważyła, już wyjrzała przez zostawioną szparę i zbiera się w sobie by „wysłać odpowiedź”! (Jeśli chcecie krótko i zwięźle czegoś dowiedzieć o psich postrzeganiach świata wpiszcie w Google „Etolog: pies opisuje świat zapachami”… ciekawe!)
Na swoisty sms Kola dostaje ode mnie zgodę i ruszam z nią ku drodze. Musiała być mocno wk…….a bo obsikała spory teren… a niech czarny wie, że miastowy pikuś też potrafi!
Jako że pada, jako że Michał śpi na dole, jako że chcę dziś skończyć książkę to zakładam tylko kurtkę, siadam pod okapem i oddaję się lekturze. Kola dumnie siada koło mnie w pozie uzurpatora i bacznie obserwuje teren… swój teren, no i pana, który obok niej siedzi. Tak mavo to teraz jest jej i mój teren. Teraz! Pan poważnie zaczytany i tak jakoś czasami, zamyślonym wzrokiem, patrzy gdzieś w dal, niczym w nicość a tu jest przecież namacalny byt i tego bytu pilnuje dyktator Kola. Właśnie jedzie pod górę 4x4 z SG, Kola dyskretnie warczy by mi dać sygnał „zagrożenia”. Widzę przez szybę gest powitalny ręką, ja odpowiadam podobnym gestem, ale zdecydowanie dużo szybszym, niż robił to Don Vito Corleone. I znowu sytuacja się normuje. Z rana, do jeszcze pustej głowy, książka wchodzi jak nóż w ciepłe masło. Wiem, że ją dziś skończę. Czas najwyższy zdradzić nazwę książki z której tytułem nieco zwlekałem bo… tytułu najnormalniej zapomniałem a pisząc nie chciało mi się po Google szukać, licząc że jeszcze przed końcem spisywania ostatniego pobytu, po prostu nastąpi olśnienie. Zjawisko to nastąpiło całkiem niespodziewanie i było wywołane przez mavo. Otóż wczoraj, w czerwcowe niedzielne popołudnie, zadzwonił on do mnie i tak całkiem, nie skrywając nawet zaciekawienia, spytał się o tytuł tej książki. Powiedział, że właśnie wrócił z Nasicznego, tam przekopał biblioteczkę i żaden jej wolumen, jako element, mu nie pasował do swoistego puzzle. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że tytułu zapomniałem, ale sens zdradziłem. I wtedy pękła istna bomba… Ewa, która przysłuchiwała się rozmowie, wstała i ją przyniosła… zabrali ją do przeczytania. A książce jej tytuł nadał Charles Taylor na „Nowoczesne imaginaria społeczne”.
Wracamy do Nasicznego, bo i głodny Michał wyjrzał w byt, i Ewa zaspana też, Koli się też przypomniało jedzenie, no i padło sakramentalne pytanie „co robimy?”. O wchodzeniu na D-K mogę zapomnieć i to natychmiast… chyba, że sam.
Alternatywne plany są, ale w trakcie i tak zostaną okrojone i zmodyfikowane. Teraz chronologicznie.
Po śniadaniu jedziemy na Słowację do Medzilaborce, miasta mieniącego się narodowym ośrodkiem ruchu rusińskiego. Do wyjazdu już wcześniej się odpowiednio przygotowałem, wybierając z szuflad, piterków i przeróżnych zakamarków wszelakie drobne walory pieniężne będące monetami płatniczymi w UE. Przywożone i odkładane na zaś zostały teraz wsypane do płóciennego woreczka z postanowieniem puszczenia ich w dynamiczny obieg poprzez stosowne nabycie tego czego nie ma w Polsce.
Muzeum Warhola nie widział Michał i nie ma go też w Polsce… jednak dziś poniedziałek a w ten dzień tygodnia takie przybytki kultury są zamknięte, pobliska cerkiew też zamknięta, ale Tesco jest otwarte… no jest u nas, ale może coś tam będzie czego w naszym nie ma. Mamy dwa plecaki więc spoko, miejsce jest. Trochę wstyd tak z workiem pieniędzy, tak cirka kilogramowym, ale przecież nie są kradzione! Na pierwszy kurs idą te z największymi nominałami i ja jako najodważniejszy idę do kasy. Po wydaniu jednak połowa worka jeszcze zostaje. Oj i teraz odwaga potrzebna większa! Po odliczeniu jeszcze tych bardziej grubych idzie do kasy Michał. To co zostało a jest tego cała pełna garść to już heroizm. Jest sugestia by sobie darować, ale ja nie odpuszczam… gdy nie ma kolejki podchodzę do kasy i proszę o zamianę o jak najgrubsze i to starcza na jeszcze jeden mój kurs po dwa mocno wyskokowe płyny plus dwa gabarytowo spore, ale z mniejszą ilością procent. Płacę i miła pani jeszcze… wydaje mi resztę. Zostawiam panią z pełną po brzegi monetami kasą i na czwarty kurs się już nie decyduję. Niektóre puszczone w obieg monety mogły mieć nawet walory numizmatyczne z racji długoletniego ich przechowywania, ale najważniejsze, że poszły w obieg. Znawcy może je wyłowią lub nawet zastanowią się nad ich wyglądem, gdy dostaną je do ręki. Niestety nie będą mieli wiedzy jakie odległości przebyły i skąd tu trafiły.
Wracamy do Polski, po drodze zatrzymujemy się u cudownego źródełka i kapliczki koło Radoszyc. Widzimy jak miejscowa kobieta podjeżdża i nabiera kilka baniaków tej wody dla całej rodziny, co i nas nakręca by też nabrać pół litra na zaś. Każdy ma jakąś chorobę więc i każdy z nas popija bezpośrednio w intencji jej wyleczenia. Trzeba mieć wiarę.
Chcemy teraz Michałowi pokazać z samochodu zupełnie mu nieznaną część Bieszczad i skręcamy w Smolniku w lewo. Jedziemy wolno, bo inaczej się nie da. W Mikowie dojeżdżamy do dwóch skrajnych znaków zakazu ruchu i wracamy. Wracając zajeżdżamy do już wcześniej „zaklepanej” zagrody „Bieszczadzkie smaki”. Miły pan się zjawia w kilka chwil, prowadzi do obszernej izby dawnej chyży, zapala światło, oprowadza, opisuje urządzenia, opowiada jak tu się znalazł, co tu robi, co wytwarza, co sprzedaje i ba… daje nam spróbować wszystkiego. Michał decyduje się kupić pesto z czosnku niedźwiedziego i nalewkę jakąś z mniej znanego kwiatu. My kupujemy właśnie ostatni jaki został „Chleb Śpiewany”. Nalewki spróbowałem i są całkiem niezłe, chociaż moje mają bardziej wyrazisty smak, lepszą moc i nie będę ukrywał, moje są lepsze. Miodów nie ma, ja jestem bardzo za miodem, więc ciągle się o niego pytam. Miód mi zawsze towarzyszy na śniadanie 6 razy w tygodniu, tylko w niedzielę urozmaicam menu.
Mamy na dziś informację, z kilku poufnych źródeł, u kogo jest w Bieszczadach bardzo dobry miód i tam też jedziemy zakupić stosowne słoiki. Niestety nie zastajemy gospodarza a syn student nie chce ingerować w pszczelarski biznes taty leśnika.
Jeszcze zakupy w Wetlinie i wracamy do domu na obiad. Dziś spaghetti po nasiczniańsku… rozdrobnione kotlety mielone w sosie pomidorowym z długim makaronem i do tego słowacke piwo z widokiem na zbocza Jawornika. Słabo?
Kolę zostawiliśmy w domu i kiedy tak po cichutku podeszliśmy do okna to ona w najlepsze spała koło kominka. Uznała widocznie, że tak dobrze „oznakowany” teren przed wjazdem tylko głupi przekroczy. W dodatku jeszcze pada. Gdy weszliśmy do domu to zerwała się na równe nogi i wyglądała tak jak pracownik w czasie pracy przyłapany przez szefa na drzemce. Ludzki pies!
DSC00191.jpgDSC00192.jpgDSC00193.jpg
Cdn…


Odpowiedz z cytatem