06 maja 2016 roku Rabe
Kiedy już poszli, ja spokojnie czynię swoje przygotowania… pakuję jedzenie i picie zarówno dla siebie jak i dla Koli, pakuję też miseczki. Kombinuję jak zabezpieczyć się nad przypadkiem niesienia psa na rękach lub plecach, gdyby już dalej nie dała rady. Niestety Kola to już staruszka ze styczniowym wyrokiem weterynarza PIES NIE DOŻYJE WIOSNY, POŻYJE NAJWYŻEJ TYDZIEŃ-DWA!!!! Panie weterynarzu wiosna właśnie w pełni a Kola właśnie rusza w bieszczadzkie góry! Szumnie to napisane „w góry”, ale z Koli perspektywy to są góry. Tym razem mój cel to poświęcić się na dłuższy spacerek z Kolą… wolno, z przystankami, z przerwami na picie i jedzenie, na pieszczotki, na obwąchiwanie krzaczków i kępek trawy, na sikanie i na wszystko co zechce. Ma jeden warunek, ma maszerować, ale nie w myśl hasła Legii Cudzoziemskiej!
Nie wiem dokąd dojdziemy, mam jednak cel do osiągnięcia i to cel bardzo ambitny, przede wszystkim dla Koli. Ona nawet objawia zadowolenie, że przyjaciel-człowiek wyciąga ją na jakiś spacerek, gdzie czeka ją tyle nowych zapachów. Nie zdaje sobie tylko sprawy z długości trasy jaką ma pokonać. Chociaż do końca tego też nie wiem, czy czasami zwierzęta w jakiś sposób nie odbierają w myślach zamiarów jakie ma człowiek. Kola aktywnie uczestniczy w moim pakowaniu, zagląda co pakuję, kręci kółka zadowolenia, gdy są pakowane jej przysmaki, miseczka, woda. Zerka w podzięce na mnie, że o niej też pamiętam.
Kilkanaście minut za „bobrową” grupą wyrusza także Recon ze swoją dzielną Kolą. Kierujemy się na spacerowy czerwony szlak w stronę Baligrodu. Szlak jest jednak w beznadziejnym stanie na wędrówkę z psem i przedzieramy się nad Hoczewkę. Trochę brzegiem, trochę jakimiś ścieżkami, trochę klucząc jakoś chodzimy do małej uliczki pomiędzy pierwszymi domkami Baligrodu. Oczywiście nad rzeką przystajemy, często odpoczywamy bo przecież tu coś pachnie, tu trzeba dać ślad „tu byłam”. Po półtorej godzinie od wyjścia „bobrowej” grupy dostaję sms „mamy J. Bobrowe”. Znaczy się, że nigdzie nie zbaczali, nieźle idą, wyprzedzają moje czasy. My z Kolą dalej spokojnie drepczemy już po samym mieście. Zatrzymujemy się przy nowej(!) siedzibie Nadleśnictwa Baligród. Trwają ostatnie prace wykończeniowe… fiu fiu wyszedł całkiem ładny pałacyk! Nawet ludzie lasu, co jakiś czas zaglądają do środka i w myślach zapewne zajmują dla siebie pokoje a może już mają rozdzielone. Kola dziwnie chce się tutaj dłużej pokręcić, co chwila wącha świeżo ułożoną kostkę Bauma, obchodzi skalniak, obsikuje trawnik, siada i ogląda, znowu coś ją intryguje… psa prawo.
Muszę wreszcie to przerwać, zaczepić smycz i wreszcie ruszyć dalej w stronę mostu na Hoczewce, który otwiera drogę w stronę Stężnicy, Górzanki i Wołkowyi. My tuż za nim zmieniamy kierunek na północny i idziemy w stronę szkoły. „Wpław” przekraczamy taki fajny strumyczek o ładnej nazwie Stężniczka. To w jego pobliżu natykamy się na padalca zwyczajnego. Wołam Kolę, która podbiega z zaciekawieniem, jednak już z bliska na niego patrząc, odejść zniesmaczona jakby mówiąc… fuj, do takiego obrzydlistwa mnie wołasz?
Trochę dalej jest przystanek na wyznaczonej ścieżce i tam sobie odpoczywamy w cieniu. Majowe słoneczko całkiem nieźle daje czadu. To dobry czas na psi posiłek i opicie się wodą. Jeszcze tylko Koli spojrzenie na człowieka-przyjaciela czy aby już nie chce dalej iść i można walnąć się na drzemkę, ale czujną. Oczywiście czujną, ona jako pies strażnik, musi przecież podnieść czasami głowę i zobaczyć co tam coś jakiś głos wydaje. Facet z którym jest, to nawet tego nie słyszy, no i tak na wszelki wypadek trzeba zerknąć na niego samego czy aby nie poszedł gdzieś i nie zostawił… ot taka ograniczona rezerwa do faceta
Godzinę po ostatnim sms-się dostaję następny „Chryszczata, idziemy na P. Żebrak”… no nieźle, zaskakują mnie tą decyzją. No to teraz się przekonają jak jest tam z komórkowym zasięgiem. Dla mnie to też sygnał by ruszyć dalej. Trochę minut tutaj spędziliśmy, Kola dobrze odpoczęła, teraz z nieukrywaną niechęcią podnosi się i przeciąga, patrząc pytająco w moje oczy… facet, a nie można tu jeszcze poleżeć? Nie ma zmiłuj, musimy ruszać na powolną wspinaczkę ku szczytowi Kiczery Baligrodzkiej (599 m). Ścieżka prowadzi raz miękką trawą, raz błotnisto-kamienistą drogą, skrajem lub przez jakiś liściasty wilgotny lasek. Na otwartej przestrzeni robię piruety by całą otaczającą okolicę ogarnąć wzrokiem. Są naprawdę piękne widoki, duża przestrzeń, przejrzyste powietrze, słoneczna pogoda i fantastyczna panorama na sporą część okolicy, gdzie Baligród staje się miniaturowym miasteczkiem, z miniaturowymi pojazdami poruszającymi się po głównej szosie i ludźmi jak mrówki. Kola idzie dzielnie, zaskakuje kondycją i nawet stara się wyprzedzać. Gdy to zrobi, robi to z nieukrywaną dumą, że ona to właśnie prowadzi szlakiem. Spogląda wtedy co chwilę do tyłu, czy aby człowiek-przyjaciel nadąża za nią. Miło popatrzeć wtedy na nią jak jej tyłeczek i brzuszek chodzi na boki, jak uszka śmiesznie podskakują, jak przeskakuje przez błotko lub większe kamyki.
Jeszcze trochę pod górę skrajem zagajnika i wychodzimy na wolną przestrzeń, widzimy już wieżę RTV.
DSC00499.jpgDSC00501.jpgDSC00502.jpgDSC00503.jpgDSC00504.jpgDSC00505.jpgDSC00506.jpgDSC00507.jpg
cdn



Odpowiedz z cytatem