Prolog pierwszy.
Wielu zakreśli znak krzyża w powietrzu, jakby jakiego ducha zobaczyło, jeszcze więcej z czytających powie... a ten co tak wyrwał się jak filip z Konopii? Filip piszę z małej litery, bo jak ówczesny kronikarz albo nomen omen jaki Korespondent (bo tytuł nadany) zapisał, że jakoby to chodziło o zająca ze wsi Konopie a nie o jakiego Filipa, nawet szlachetnie urodzonego, ale nieobytego.
Prolog drugi, bo z innej beczki, ale nadal prolog.
Wczoraj na TVP Historia obejrzałem sobie film, to znaczy western z 1958 roku "Człowiek z Dzikiego Zachodu" o pewnym byłym rewolwerowcu, który stał się uczciwym człowiekiem. Jednak w pewnej niespodziewanej sytuacji musiał poudawać znowu rewolwerowca, który chce wrócić na niecną ścieżkę życia. I tak go oglądając, w myślach mi się zakotłowało, że i ja takowym jestem obecnie i nadszedł czas poudawać rewolwerowca.
Za trudne? Czy łykacie forumowe bieszczadzkie indyki?
Prolog trzeci (za to zapewne będzie ban, bo to już gruba przesada!).
Jak drzewiej bywało, to od pewnego momentu zacząłem tu pisać "Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady", gdy tylko z takiego wypadu wracałem. Jednak w 2018 wzięło się i zwiezło.
W 2018 w lutym miałem wypadek w nadmorskiej uzdrowiskowej miejscowości na tyle, że rodzinę zaczęto przygotowywać do... Lekarze czaszkę poskładali a psycholodzy się głowili jak tu do mnie dotrzeć a ja niczym ślimak w skorupce... jeszcze nie teraz, jeszcze czekaj, jeszcze nie... Po 4 tygodniach postanowiłem wychylić różki i zacząłem na nowo uczyć się chodzić. To był START.
Ze szpitala wyszedłem SAM, osiwiały, wypłowiały i chudszy o 12 kilogramów. Zamówiłem sobie taxi, najlepszy hotel w mieście i czekałem tam na odbiór. Facet z taxi zaprowadził mnie do pokoju. Miał nieść większe bagaże i mieć baczenie gdybym się zachwiał, bo miałem iść sam. Z domu miałem rozkaz(!)… z łóżka nie wstajesz i grzecznie czekasz. I tak prawie było (ogoliłem się sam).
Gdy już nie byłem sam, mogłem wreszcie wziąć prysznic. Boże, ja tego nigdy nie zapomnę… kąpiel, para, cały namydlony, spłukany, pachnący i cholernie zmęczony. I cała noc przespana, bez jęków, dzwonków, krzyków, o 4.30 ekg, o 5 zastrzyk, o 6 sprzątanie sali, o 7.30 obchód i o 8 śniadanie… ufff!
Na drugi dzień byłem witany w progu restauracji przez szefa kuchni jak jaki szejk naftowy… kawka?, mocna?, słaba?, OK będzie najlepsza (i taka była, oczy nie mogły się napatrzeć), jajecznica?, z ilu jajek?, ścięta?, może mniej? A na szwedzkim stole rarytasy, soki trawienne szalały a rozum panował nad wszystkim… tylko spokojnie, tylko rozważnie, tylko po trochu. Po 5 tygodniach szpitalnego życia byłem w raju!
Prolog czwarty (ostatni, rozwijający temat).
Prawie 4 miesiące po tym „incydencie, postanowiłem pojechać w Bieszczady. Przekonać miałem się, czy panuję nad nogami, koordynacją ciała i umysłem.
W niedzielę 30 czerwca 2018 roku zjawiłem się w ORW Bystre, chyba mam do tego miejsca sentyment. Do innych też jest!
Następne wpisy będą już z pobytu w Bieszczadach, no może czasami ze skokami w bok, jak to ja. Tylko czas bierzcie po lekku! CDN


Odpowiedz z cytatem