Muczne, 5 czerwca 2010, sobota
Od świtu nic nie pada, na niebie chmurki kłębiaste gatunku „pięknej pogody” zwiastujące cały pogodny dzień. I dobrze, bo tam gdzie idę chciałbym widzieć okolicę skąpaną w słońcu.
Mechanicznie pakuję w plecak wszystko to co zawsze pakuję… kurtkę, jedzenie, wodę, mapy, aparat fotograficzny. Ostatnio nie biorę coś busoli a to za sprawką Oregona, którego przyczepiam do plecaka lub do spodni. Do paska jeszcze lornetka… hmmm, zaczynam się rozglądać za jakąś lepszą. W kieszenie jeszcze kilka szpargałów które się mogą przydać a niektóre oby się nie przydały i mogę schodzić na dół zakładać buty… no, są trochę wilgotne, ale pogoda jest łaskawa na ich osuszenie.
Koło Hotelu skręcam na Stuposiany, ale widzę jak podjeżdża busik z turystami na Bukowe Berdo zapewne, oni wysiadają a ja się pytam kierowcy czy będzie wracał. Dogaduję się, że za 5 zł od łebka dowiezie mnie do wskazanego miejsca. Mam więc z głowy co najmniej 4 km asfaltem, zawsze to coś.
Wysiadam przy bocznej drodze na Łokieć. Idę nią kilkanaście metrów i za stertą ułożonych metrówek odbijam w lewo w polną drogę. Początkowy odcinek nastraja optymistycznie lecz za pierwszym zakrętem widzę przedsmak co mnie czeka dalej. W sumie, po tylu dniach obfitych opadów, na co innego mogłem liczyć? Droga jest w tak potwornym stanie do wędrówki, że odbiera radość chodzenia. W dodatku jest rozjeżdżona w dniu dzisiejszym (świeże ślady) niczym po skończonym Rajdzie Camel Trophy na Sumatrze lub Borneo. Co jakiś czas zalatuje mi bliski smród niedźwiedzia a czasami nawet zbyt bliski. Ślady też są czasami tak świeże, że widać sączącą się wodę we wgłębienie odciśniętej przed chwilą w glinie łapy niedźwiedzia. Gdy smród czuję blisko to się rozglądam baczniej jak mi znika to idę swobodniej. Gdybym znał wcześniej tekst jaki przytoczył sir Bazyl to czując smród bym rozglądał się po niebie za krukami a tak walczyłem z gliną. Patrząc na to cholerstwo, które chciało mi zabrać buty pomyślałem czy aby go trochę nie zabrać dziś do Czarnej i tam w Baraku nie polepić czegoś pożytecznego z tego pieroństwa, że powiem delikatnie.
Marcinie wtedy to pomyślałem sobie, że kaloszki, ale takie sznurowane by nie zostały w błocie przy wyciąganiu z niego nogi, to nie byłby głupi pomysł zamiast butów trekingowych.
Mija mnie w pewnym momencie wóz terenowy z którym będę się widział kilka razy a z kierowcą nawet dwa razy pogadam, ale to później.
Błoto, już na samym szczycie Kiczery Dydiowskiej, poważnie się zmniejszyło, by za punktem kulminacyjnym pojawić się z jeszcze większą intensywnością i pokazać swoją moc na zmęczenie materiału ludzkiego w mojej osobie.
Aż nadchodzi moment, że las się wreszcie kończy i ukazuje się piękna łąka ba… przepiękna łąka.
cdn


Odpowiedz z cytatem