Wejście na Dwernik-Kamień staje się od samego początku niezwykłą wycieczką.
W górach jestem milczkiem, każdy krok to spłynięcie złych prądów w uziom bieszczadzkiej ziemi, dla mnie wędrówka tutaj to izolacja od świata zewnętrznego, który zostawiam w niebycie a czasami wzorem tybetańskich mnichów włączam w sobie swoistą mantrę by ewentualnie zagłuszyć przesączające się ważne (!) sprawy. Pozwala mi to wyciszyć zostawioną rzeczywistość i wyścig szczurów, w którym aktywnie uczestniczę.
Idąc w górę często stajemy i gadamy, małemu Jasiowi przekazuję wtedy jakieś „mądrości życiowe” poparte różnymi „historiami”, często o coś pyta i dyskutuje z nami a my go mobilizujemy do dalszej wędrówki różnymi sposobami bo wchodzenie dzisiejsze na szczyt jakoś opornie mu idzie.
Kompletnie nie kontrolujemy czasu a czas nie kontroluje nas. Pogoda jak na listopad jest dobra, nic nie pada, co tylko nas cieszy.
Jaśki mnie tak rozminowali, że uwagę kieruję tylko na wspólne rozmowy, wejście przecież znam.
Idziemy i patrzymy na odciśnięte na ścieżce, w dniu dzisiejszym, ślady dwóch osób. Na moje oko to musiał iść przed nami młody facet i kilkunastoletnie dziecko a może to kobieta w wieku faceta. Nikt inny od strony Nasicznego dziś nie wchodził na Dwernik-Kamień. Wyszedł, co prawda skądś jakiś mężczyzna w kaloszach i gdzieś poszedł, ale ze zdobywaniem góry raczej go nie połączę. Nawet zaintrygowała nas jego obecność.
Na szczycie spotykamy biesiadującą przy ławie kilkuosobową grupę młodych ludzi. My od razu bierzemy się za wieszanie flagi a jeden z biesiadujących robi nam zdjęcie i z formalności to wszystko. Idziemy teraz zakopać wcześniej zakupione w Ustrzykach Górnych „coś”. Wybieramy stosowne miejsce.
Teraz uwaga dla poszukiwaczy „cosika”… powyżej tablicy poświęconej Arturowi Nowotarskiemu rośnie brzózka, bezpośrednio pod nią, tak raczej po lewej stronie, dość płytko w folii jest zakopane „coś”. Odkrywca niech się przy okazji pochwali.
Mavo zaczyna się niepokoić, że jest już prawie 15 a o tej godzinie miał być w Chmielu po upieczonego jagnięcia. Wyrywa do przodu a my go gonimy, po chwili jednak idziemy razem jednakowym rytmem w dół. Wchodząc i schodząc zauważam bardzo czysty szlak, porządni turyści tutaj chodzą.
Teraz tylko w skrócie… mavo wnosząc do domu upieczoną jagnięcinę (w całości) roztoczył zapachem rozmarynu cały parter swojego domu. Były inne też przyprawy, ale najbardziej czuć było ten rozmaryn.
Wiecie jak pachnie rozmaryn? Szkoda, że Was tam nie było. L
Następna wyprawa z flagą za rok. Tylko na który szczyt teraz wypadnie i czy będę wtedy mógł przyjechać w Bieszczady? Mavo już wspomniał o Rabiej Skale… no cóż, zjeść małe śniadanko na platformie widokowej to miła perspektywa. A może na inną górę jednak wypadnie? Temat jest otwarty.
Teraz trochę statystyki z dzisiejszej wędrówki… w sumie przeszliśmy 6,70 km, najwyższa osiągnięta wysokość to 1008 m, czas ruchu 1,46 godz., czas postoju 1,45 godz., prędkość średnia ruchu 3,8 km/godz.
Ps. Czyżby nikt nie znalazł „cosika” koło Dydiówki?
Cdn…
DSC08608.JPGDSC08609.jpgDSC08611.jpgDSC08612.JPGDSC08613.JPGDSC08615.JPGDSC08610.JPGDSC08616.JPG


Odpowiedz z cytatem