09.11.2014 Nasiczne
Samo wchodzenie na Korbanię niczym specjalnym się nie odznacza, ot idzie się ścieżką pod górę, zmaga ze swoimi słabościami, odczuwa w mięśniach upływający czas, wsłuchuje w bicie serca, które przy dłuższym podejściu bez odpoczynku przechodzi w dudnienie. Pogoda wyśmienita jak na listopad i jak na ten miesiąc jest nadzwyczaj ciepło. Wojtek na pierwszym postoju postanawia pozbyć się trochę garderoby z siebie i robi przepakowanie plecaka. Wysoka wilgotność, temperatura i pokonanie ponad 400 metrów różnicy poziomów robi swoje, ale wspinaczka nie jest nudna i monotonna.
Nie ukrywam, że impulsem do zaplanowania wejścia na Korbanię była nowa wieża widokowa na jej szczycie, trasa zejścia do Przełęczy Hyrcza i na niej jakieś nowe budowle dla turystów.
Punkt geodezyjny Korbani osiągamy dosłownie ciut po czternastej. Na szczycie jest jakaś rodzinka z dużym psem. Wchodzimy na, już nabywającą sławy w Bieszczadach, wieżę, robimy zdjęcia, regenerujemy siły pojąc i posilając nasze organizmy. Wojtek, zanim jeszcze wszyscy unormowali rytm serca, już puścił w świat info „W tej chwili jestem na Korbani” (wpis oryginalny z fb) i koniecznie też ze zdjęciem i z dziewczyną u boku. Nie na darmo mówi się, że świat się kurczy przez nowe techniki medialne. Wystarczy smartfon z dostępem do Internetu, kilka maźnięć palcem po ekranie techniką Swype, pstryk-pstryk, jeszcze chwilka i cyfrowa informacja dociera do ludzi, którzy obserwują Wojtka na Facebooku. Już wiedzą, że właśnie „szczytuje” z jakąś dziewczyną wzgórze Korbani. Wojtkowi zajęło to może 1 minutkę!!!! Umiejscowienie tego miejsca w Bieszczadach już zapewne będzie wymagało kilka chwil na przeszukanie w Google. Mało tego, zaraz rozpoczną się „polubienia” na Wojtka profilu i przekazywaniu dalej.
Pomyślmy teraz… ile czasu szły w świat informacje od Zygmunta Kaczkowskiego lub Aleksandra Fredry o ich zdobywaniu szczytów w Bieszczadach? Ja jeszcze pamiętam jak z Bieszczad wysyłałem kartki pocztowe i często przychodziły do adresata gdy już wróciłem z gór. Później mój pierwszy telefon gsm, który po 2 tygodniach noszenia, sygnalizował, że jest urzyteczny gdy dojeżdżałem do Ustrzyk Dolnych. Sms-y wtedy dochodziły ciurkiem… czemu się nie odzywasz?,… gdzie ty jesteś?... daj znać o sobie! Ludzie nie potrafili zrozumieć, że w Bieszczadach nie było zasięgu, co i teraz też się zdarza a i są też tzw. głuche tereny. Teraz to nawet człowieka mogą zdalnie śledzić gdzie chodzi, ile chodzi, gdzie się zatrzymał, jak jechał, ile kalorii zużył a leśni i wojskowi śledzą na fotopułapkach i czujnikach. Co następne dekady przyniosą dla turysty bieszczadzkiego?
Wróćmy do szczytu Korbani, którego zupełnie inny obraz mam zakodowany sprzed lat. Kiedyś jakaś niewielka polanka zarośnięta ładną niedużą a bujną trawą, z ograniczonym przez drzewa widokiem na bliski świat, trochę jakiś kolein po bieszczadzkich monstrach i wszystko… nic ciekawego. Teraz szałasik, piętrowa wieża, ławeczki, miejsce na ognisko i nacięte drzewo na opał, dużo większa polana, ech… teraz to ma turysta życie!
Robimy kilkunastominutowy popas i teraz schodzimy do Przełęczy Hyrcza. Schodząc mijamy kilka osób idących w przeciwnym kierunku . Ewa z Zenkiem osiąga Hyrczą najszybciej, brat na czas gdy my z Wojtkiem dotrzemy, odskakuje jeszcze by zobaczyć kapliczkę. Na wypłaszczeniu przełęczy wchodzę w swój rytm i odskakuję od Wojtka na kilka minut. Cyber Wojtek gdy dociera do nas, oczywiście musi poinformować świat, że jest już na Przełęczy Hyrcza, co Facebook rejestruje o godzinie 17.26. Muszę napisać, że zejście było jakieś niezwykle długie i nieraz już myślałem, że za kilka metrów to już przełęcz. Po drodze są fajne mostki ułatwiające pokonywanie jarów i ogólnie jest bardziej urokliwe od wejścia J
Krótka chwilę biesiadujemy w dosyć sporym szałasie turystycznym, zwłaszcza ja mam wilczy apetyt, zjadam wszystkie kanapki z plecaka i jakieś słodycze regeneracyjne. Teraz skręcamy w lewo i kierujemy się na cerkiew. Słońce już zaszło i zaczyna się robić szaro, podkręcam tempo, idę pierwszy i to czasami nawet sporo przed resztą. Przed odejściem w prawo ścieżki czekam na Ewę, daję informację Zenkowi i Wojtkowi, żeby iść drogą a nie skręcać. Droga jest fatalna, spore błoto i dużo śladów zwierząt kopytnych też niedźwiedzia i wilka. Muszę przyznać, że ta błotnista droga idąca lasem, którą pokonywałem już kilkakrotnie, zawsze wywołuje we mnie jakiś niepokój wewnętrzny, ma coś w sobie takiego niepokojącego, jak żadna inna pokonywana przeze mnie trasa w Bieszczadach. Nie umiem tego wytłumaczyć! Teraz spowita w pogłębiającej się, z minuty na minutę, szarości wzmaga jeszcze bardziej ten wewnętrzny niepokój.
DSC00104.jpgDSC00105.JPGDSC00106.JPGDSC00107.JPGDSC00109.jpgDSC00110.jpgDSC00111.jpgDSC00112.jpg
Cdn...


Odpowiedz z cytatem