03 maja 2015
Jest 6.30 kiedy wstaję na nogi, Kola zagląda do łazienki i patrzy na faceta, który jak zwykle rano mydli swoją twarz i zeskrobuje jakieś włoski… dobrze, że pies nie musi tego robić, słabe to. Wzrok jej mówi… szybko się ogarnij bo za oknem wreszcie świeci słońce, będzie ciepło, chce mi się pomyszkować po wilgotnej trawie i nie tylko.
Nie jem teraz śniadania, znoszę Kolę na dół i wychodzimy przed dom, aż chce się zaśpiewać „Jak dobrze wcześnie wstać, dla tych chwil…”. Świt zrodził wspaniałą mgłę, nasze poruszanie się w niej tworzy ruchome smugi, jest lekki chłodzik a zarazem czuć pierwsze oznaki ciepła, ot takie dziwne uczucie. Biegniemy w dół bo pies już chce oznaczyć teren zanim czarny sąsiad przyjdzie. Patrzę jak Kola długo sika i zastanawiam się czy aby przypadkiem wieczorem z nami piwa nie piła, ale ona przecież alkoholu nie lubi.
Idziemy w górę do pierwszego zakrętu, wiatr wieje w naszą stronę więc nakazuję Koli ciszę. Dla mnie jest szansa, że zobaczę jakieś zwierzaki na polanie. Idziemy naprawdę cicho, podchodzę pod polanę a tam pięć saren, 2 kozły i 3 kozy, są dość blisko ja nawet nie drgnę, Kola jest sporo dalej, pochłonięta bardziej smakowaniem trawy i zapachami z ziemi niż „myślistwem”. Stoję dobrych kilkadziesiąt sekund, sarny zapewne widzą tylko czubek mojej głowy, nie oddycham i nawet nie chcę mrugnąć powieką. Bacznie na mnie się patrzą, ale też dalej skubią trawę. W pewnym momencie jedna koza swoimi wielkimi oczami patrzy się w moje i nawet nie drgnie, ja nie wytrzymuję, mrugam i to chyba daje sygnał by wielkimi susami wszystkie szybko zniknęły z pola widzenia. Kola podbiega do mnie, bo coś usłyszała albo w jakiś inny sposób dotarło do niej , że tutaj właśnie odbyło się jakieś niewytłumaczalne dla niej wydarzenie i ona je przegapiła. Siadła, postawiła uszy, kręci nosem za dochodzącym teraz zapachem, wytrzeszcza oczy pytająco do mnie i… to były sarny Kolusiu, już ich nie ma, wracamy. Ona jest kundelkiem bez zacięcia myśliwskiego i natychmiast zdarzenie idzie w zapomnienie, może ponownie skupić się na zapachach ziemi i smaku ostrej trawy.
Poranki to najpiękniejsza pora dnia. Wracając patrzę jak słońce ogrzewa ziemię, jak przesuwa cień góry, jak zaraz oświetli dom, jak mgła znika, jak w górze pojawia się pierwszy łowca… cisza… wilgotnością nasączona poranna cisza… „W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.”
DSC00174.JPGDSC00175.JPGDSC00176.JPGDSC00177.JPGDSC00178.JPGDSC00179.JPGDSC00180.JPGDSC00181.JPG
W domu odwołuję ciszę, wołam domowników by schodzili, by zbierali się, żeby zobaczyli jak pięknie jest za oknami. Podczas śniadania zdradzam co ich dzisiaj czeka. Debatujemy czy podoła wyznaczonej marszrucie nasz mały przyjaciel. Wszyscy zdają się na mnie bo ja znam trasę, wiem jak wygląda i ja sam muszę ocenić czy Kola wytrzyma wszelkie trudy. To ma być dla niej wyzwanie, osiągalne wyzwanie. Nie jest mi łatwo podjąć decyzję, ale nie chcę też jej tu samej zostawiać. To zwycięża, zabieramy ze sobą psa!
Jesteśmy spakowani i zaprowiantowani na całą trasę zarówno dla siebie jak i dla psa… jak przystało na porządnych turystów. Wsiadamy do samochodu i jedziemy przez Berehy Górne tak by za Smerekiem skręcić w prawo do Kalnicy a jeszcze trochę za nią parkujemy na placu, dalej stoi już zakaz ruchu. Przebieramy buty, zabieramy wszystko co mamy zabrać i ruszamy. Tutaj jest miejsce zarówno na start i metę. Mamy do pokonania pętlę „start/meta” – schronisko Jaworzec – Siwarna – Bukowina – Żołobina – Przełęcz Szczycisko – powrót drogą do samochodu. Mając na uwadze naszą kondycję, pogodę i oczywiście psa informuję Ewę, Michała i Kolę, że na wędrówkę przewiduję równe 8 godzin, nie więcej. Nikt nie pęka! Jest godzina 11.15 gdy ruszamy.
Cdn…


Odpowiedz z cytatem