04 maja 2015
Słońce zaczynało zachodzić, deszcz szczęśliwie przestał padać a jako że dzisiaj specjalnie się nie namęczyliśmy to padł pomysł wniesienia z dołu pod dach, stosownie już pociętego drewna. Zeszło nam na to ze trzy godziny. Wbrew początkowemu optymizmowi, włożona praca dała nam się porządnie we znaki, pot lał się strumieniami a mój kręgosłup pod koniec zaczynał się buntować. Uczciwie powiem, że Michał wniósł dwa razy więcej niż ja i gdy skończyliśmy to każdy miał dość. Kola niczym nadzorca też miała w tym udział bo kiedy robiliśmy odpoczynek szczekała byśmy się nie ociągali. Tym sposobem tuż po godzinie 22 drewno znalazło się pod dachem i już nie będzie mokło. Kilka sztuk zostawiliśmy na ognisko. Mogliśmy teraz odpocząć, napić się piwa, pogadać, ja dokończyć książkę. To ostatnia noc, jutro wyjazd.
05 maja 2015
Dzień nadal deszczowy, ale nie jest to duży deszcz. Po śniadaniu, pakujemy swoje manele do samochodu i robimy idealny porządek w domu. Parę minut po 10 odnoszę klucze i możemy jechać. Po drodze dokonuję zadość prośbie mavo i zanoszę pod wskazany adres 2 puszki piwa z informacją „to od Jasia z Nasicznego”. Niestety dom zamknięty, trzy psy biegną do mnie, jednak ostatecznie nie gryzą. Wracam do samochodu, odręcznie piszę na kartce „Od Jasia z Nasicznego”, podkładam pod puszki na progu i odchodzę do samochodu. Mam nadzieję, że psy nie umieją otwierać puszek. Chociaż kto wie czego nabyły w swoim życiu, na ich widok stały się takie dziwnie przyjazne i jeszcze merdały ogonkami na odchodne. Teraz dopiero myślę, że chciały trzecią puszkę.
W Lesku wychodzi słońce, my jeszcze na ciacha do Szelców i do następnego razu Bieszczady!

Przyjacielu mavo, melduję wykonanie zadania!