Idąc czuję się jak w takim specyficznym teatrze, który stworzyła przyroda. Napisałem „specyficznym” bo antrakty są dłuższe od aktów spektaklu. W „przerwie” tutejszy teatr nie próżnuje, nie odpoczywa, on zajmuje oczy i słuch, uruchamia węch i wyobraźnię a to też składnik spektaklu. W antrakcie droga uracza zakrętami, to wznosi się, to opada, to pokazuję potęgę lasu, to potęgę „cichej wody”, to pokazuje swoją barwną malarską perspektywę z rudym dywanem z igieł modrzewia, by w innym miejscu zmienić się w szaroburą z nikłymi zieleniami po boku, zaskakuje nieczynną retortą z boku, schowaną strzelistą amboną, przynoszącą najczęściej śmierć a tylko czasami tylko cieszy oczy obserwatorów, zaś w innym miejscu pokazuje trud ludzi budujących drogę, gdy trzeba obejść jar ze strumieniem.
Niesamowite są te przerwy, nie nudzą, chociaż intuicyjnie i wewnętrznie przygotowują do spektaklu. W teatrze mamy dzwonki zapraszające do zajęcia miejsc na widowni, tutaj ten specyficzny teatr też zaprasza i emocjonalnie przygotowuje dzwonkami które tutaj są zbliżające się prześwity, widoczne z dalszej odległości lub z bliska, gdy wyjdzie się zza zakrętu. Dochodzę do prześwitu i następuje magia podniesienie kurtyny i słychać muzykę rozpoczynającą spektakl.
Kiedy powoli zbliżam się do drogi odbijającej do miejsca zwanego Jamniczne, widzę ze sporej odległości dym, z zapewne czynnego wypału, chociaż tego nie sprawdzałem. Gdy jestem całkiem blisko słyszę głośną i nienamacalną(!) oznakę ludzkiego życia… „ożeż q..a, no powiedz, że zapomniałeś zabrać /następuje chwila ciszy/ hahahahaha!” Nawet przez chwilę sobie zgaduję „czego ten ktoś zapomniał?”. Na mapie zaznaczona jest poniżej jakaś wiata, tak ciut poniżej rozgałęzienia, ale nie schodzę by sprawdzić.
Antrakt, któryś tam z kolei, bo ich nie liczę, wciąż trwa.
W mojej ocenie, to rozgałęzienie wyznacza wejście w drugą część drogi, której meandry nadal się wiją po zboczu Otrytu, by na do widzenia pokazać to co ma najlepsze i najładniejsze. Na ostatnim wzniesieniu zbliżam się do prześwitu… oj, ostatni to chyba dzwonek i ostatni akt… kurtyna podnosi się z rytmem relaksacyjnej psychodelicznej muzyki jaką gra wiatr, scena zalana piękną zieloną łąką, piękne widoki we wszystkich kierunkach… bezdech… a spektakl wciąż trwa. Gdyby to było lato lub ciepła wiosna, a co tam, nawet ciepła jesień i ta godzina co teraz to… usiadłbym sobie tutaj z Kolą i siedział aż bym wilka złapał albo on mnie, aż opadająca nocna kurtyna by zakończyła spektakl a może bym nadal siedział pomimo wygaszonych świateł i odtwarzał w myślach zapamiętane obrazy.
(Jasiu… jeśli to czytasz, to wiedz, że tutaj jest idealne miejsce oglądania latających smoków zionących ogniem).
CDN…


Odpowiedz z cytatem