05 maja 2016 roku Bystre
Po 10 minutach bardzo spokojnego marszu w dół drogi, zauważam w oddali na wprost ciemne chmury. Zatrzymuję się… wiatr wieje w twarz z północnego-wschodu, obserwuję jak szybko zbliża się nawałnica i dedukuję… abym z tego wyszedł względnie suchy to muszę mocno przyśpieszyć kroku, by zdążyć do chatki w Rabe. Zaczyna się mój wyścig z frontem burzowym bo i zaczyna się mocno błyskać. Myślę czy biec czy jednak wystarczy marszobieg? Kiedy dochodzę do Błękitnej Rapsodii, jest właśnie 16.30 i już pierwsze grube krople zaczynają spadać na ziemię. Robię kilka zdjęć i szybko w nogi do chatki, gdy dobiegam natychmiast drzwi się otwierają i jakiś pan zaprasza mnie do środka, proponuje herbatkę. Prawdziwie gościnne przyjęcie. W momencie zamknięcia drzwi na zewnątrz rozpoczyna się istne szaleństwo. Potężnym podmuchom wiatru i potwornej ulewie towarzyszą jasne błyskawice ze swymi donośnymi elektrycznymi trzaskami i echem dudnień a to znak że Perun trafił w jakiś punkt w bliskiej okolicy. Rabe raczej nie było jego celem, sądząc po kierunkach odgłosów, raczej wskazywało na konkretne punkty na Chryszczatej. Jeśli teraz tam ktoś był, to miał całkiem wesoło.
W chatce jest przytulnie, już na pierwszy rzut oka widać, że ten który mi otworzył drzwi, jakiś czas w niej przemieszkuje samotnie. Trochę porozmawialiśmy ze sobą. Jeśli z jakiegoś powodu zapadła cisza to zagłębiał się w czytanie swojej wysłużonej czasem, przemieszczaniem i czytaniem Biblii. Wiekiem mieścił się w przedziale 35-40 lat, chociaż mogę się mylić. Jest malarzem z jakiejś małej wioski koło Siedlec. Jeśli coś namaluje i uda mu się to sprzedać natychmiast rusza w góry. Wychodzi mu to tak pół na pół, patrząc na całość roku. Gdy z tej swojej wsi ruszy w świat, to śpi gdzie popadnie, żywi się bardzo skromnie i… tak żyje. To jego wolność. Popytał się o umiejscowienie chatek w Bieszczadach. Porozmawialiśmy o jego malarstwie, lubi malować jakieś mikro fragmenty czegoś większego, czyli coś małego, ale ze spojrzeniem przez jakiś jego swoisty zoom. Porozmawialiśmy o malarstwie i sztuce, o fragmentach Biblii, o życiu, o pędzie do egzystencji i gdybym miał tam na dłużej zostać doszłoby zapewne do rozważań nad filozofią egzystencjalistyczną. Chociaż taką nazwę na temat rozmowy wybrałby tylko jej prekursor Kierkegaard, ja jestem na to za cienki. Idealny człowiek na partnerski pobyt w takiej chatce, gdy naokoło przewala się mokra nawałnica, gdy daleko do ludzi, gdzie nie ma zasięgu komórka i net, gdzie brak jest wszelakich dostępnych mediów.
Siedzę w tej chatce i gaworzę do czasu gdy już tylko trochę kapie z nieba. Jest 18.45 gdy ruszam dalej do ORW Bystre, wcześniej mówimy sobie „do miłego”. Chmury są nadal ciemne, szybciej pociemniało wkoło i mój końcowy odcinek przejdę jak nic po ciemaku. Podkręcam tempo marszu, deszcz już tylko pokapuje, wszędzie paruje ziemia tworząc miejscami zwartą mgłę a są miejsca gdzie wprost się przewala, ograniczając widoczność. Zatrzymuję się obok grobu Andrzeja Michalczaka syna Tomasza. Na łąkach wokół grobu przyroda stworzyła świetną scenografię do jakiegoś horroru. Nie boję się, chociaż sama okolica, ten grób, ta mgła, ta zapadająca ciemność i ta potworna cisza tworzą w myślach psychodeliczne pomysły do filmowego scenariusza. Jeszcze jakiś niespodziewanie chłodny podmuch wiatru rozwiewa na kilka minut mglistą zawiesinę nad doliną pomagając porobić mi kilka zdjęć. Zdjęcie krzyża muszę zrobić ponownie z fleszem, na pierwszym jest niewidoczny napis z tabliczki wiszącej na krzyżu.
Przy krzyżu chwilkę pomodliłem się za duszę pana Michalczaka, jednak jakoś zbytnio nie kwapię się do odejścia z tej okolicy. Pozwalam wyobraźni poszaleć w tworzeniu różnych scenariuszy. Trwa taki jakiś dziwny spektakl z mgłą w roli głównej. Mgła to nagle szybko tworzy się i przez chwilę gęstnieje, to dosłownie nagle zaczyna znikać… a wiatru nie czuję. Zastanawiam się chwilę nad tym zjawiskiem… czemu tak się dzieje? Kiedy mgła, niczym smuga dymu, z jakiegoś niewidocznego ogniska, przesuwa się nad drogą, ruszam w jej kierunku i macham rękoma by robić nią różne zawirowania. Ot taka zabawa z mgłą. Wychodzę z tej smugi i ruszam w kierunku maszyn do przerobu kruszywa. Palą się tam już lampy oświetlające, tutaj mgła się wyraźnie podniosła. Jeszcze chwilkę poświęcam na obejrzenie tego całego majestatu maszynerii. Z lewej strony zaczyna strasznie szczekać jakiś potężny, sądząc po głosie, pies wywołując u mnie jedyną prośbę… oby tylko był przywiązany! Na szczęście jest, innych oznak żywego człowieka nie słyszę i nie widzę. Zastanawiam się… czy gdzieś tutaj jest jakiś stróż i czy ten przywiązany pies jest jakoś zabezpieczony przed wilkami? Jest 19.35 jak zostawiam to szczekanie w tyle, zostawiam też w tyle ciche teraz, jednak za dnia głośne maszyny. Mijam chatkę studencką w Huczwicach i pobliski parking. Wchodzę w czeluści ciemnego lasu a jest już naprawdę ciemno. W oddali widzę światła zbliżającego się samochodu. Przez myśl przelatuje ułuda a może i nadzieja, że o tej porze i w dodatku tutaj to jak nic samochód wraz z ekipą poszukiwawczą mającą jedyny cel do zrealizowania „odnaleźć Recona”. Ułuda zmieniła się w fakt i GOPR nie jest potrzebny… wystarczyła ta ekipa.
Wchodząc do samochodu, padają szybkie jak błyskawica a patrząc na ich oczy to nie przesadzam, pytania… dlaczego się nie odzywałem?, czemu nie odbierałem telefonów i sms-ów? Nie musiałem nawet odpowiadać bo natychmiast też otrzymują elektroniczną odpowiedź w odgłosach moich i swoich telefonów…. „abonent jest już dostępny”… „sms został dostarczony”… „nieodebrane połączenia”… „sms dotarł do adresata”…
Na moje jedyne pytanie… „czy zegarek się znalazł” otrzymałem odpowiedź ”tak, w miejscu gdzie go zgubiłam”… „na samym początku gdzie zaczęliśmy poszukiwania, leżał z boku w trawie”. Czyli wszystko w tym dniu się szczęśliwie pokończyło. Kolusia gdy mnie zobaczyła we drzwiach to merdaniem ogonka wymusiła kilkuminutowe utulenie na kolanach, mając za nic moją chęć wykąpania się. Pozwoliła tylko bym mógł napić się piwa.
W domku był już rozpalony kominek z ciepłem rozchodzącym się wkoło, stał stół z ciepłym jedzeniem i coś na popitkę. Ponownie Kola wymusiła swój pobyt na kolanach i tak przesiedzieliśmy wszyscy do północy.
Kolejny mój dzień w Bieszczadach przeszedł do historii.
DSC00494.jpgDSC00495.jpgDSC00496.jpgDSC00497.jpgDSC00498.jpg
cdn



Odpowiedz z cytatem