Kiedyś, w czasach gdy zimą na szlaku śniegu było po samą najjaśniejszą a po bokach w ..., gdy skutymi rzekami szło się ode wsi do wsi, gdy niedźwiedzie spały jak na niedźwiedzie przystało a nie wałęsały się śnięte tędy i owędy, wybraliśmy się tym szlakiem w kierunku od Wetliny przez Dział ku Rawkom. Jeszcze przed świtem wyruszyliśmy samochodem z Rzeszowa w Bieszczady, tyle że przez Lubaczów celem odebrania męża żonie i ojca dzieciom i tym samym wzmocnienia naszych szeregów. Około godziny jedenastej porzuciliśmy na parkingu przed hotelem samochód zostawiając informację, iż za cztery dni mamy nadzieję go odebrać.
Do pierwszej polanki dotarliśmy migiem, więc odpaliliśmy kuchenkę na kawusię i tak sobie siedząc i siorbiąc napar przepuszczaliśmy dzienny czas. Pogoda żyleta, w planie na dziś dojście tylko do schroniska Pod Rawkami więc po co się spieszyć? Po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy dalej i się zaczęło! Lasem to jeszcze pikuś – śniegu ciut powyżej kolan ale jakoś się pchało a drzewa po bokach to tylko migały co kilka minut. Ale jak wiecie jest tam mnóstwo cudnych polanek. I one to, te cudne właśnie, były przyczyną wszystkiego co nastąpiło później! Na nich to słoneczko operując przysmażało wierzchnią warstwę a mrozik ścinał ją w skorupkę. Warstwa ta była sakramencko upierdliwa i co tu dużo mówić, sparaliżowała skutecznie nasz do tej pory rączy marsz. Każdy krok kończył się zapadnięciem powyżej kolan z przyblokowaniem nogi tuż powyżej kolana. Następnie nóżka na skorupkę i hop do góry, podryw dociążonego plecakiem ciała by drugą wydobyć na powierzchnię, i już prawie stoi, i już się micha cieszy, i dup bez żadnego ostrzeżenia! i już ta pierwsza z powrotem poniżej poziomu, ale za to całe dwadzieścia centymetrów dalej. I tak bez litości, aż do końca każdej polanki. Czas przejścia takiej polanki z 3-5 minut czasu letniego wydłużał się do 15- 30 minut w zależności od głębokości śniegu pod skorupką. Czegośmy to nie próbowali: to ciągnięcie plecaka za sobą, to marsz na czworaka, to czołganie, byle do ściany lasu, byle zyskać kolejne kilka metrów. W takich to różnych pozach zastali nas na szlaku dwaj wędrowcy pochodzący z kraju depresji, tulipanów i wiatraków. A oni to sobie koło nas właściwie przebiegli!
Pyk, pyk, pyk – pyk, pyk, pyk i po polance! No to ja wtedy pierwszy raz zobaczył co to są rakiety śnieżne i zapałał do nich żądzą posiadania! Oni na tym ustrojstwie przebierają nóżkami ot tak, od niechcenia i pokonują całe jakże ogromne śnieżne pole niczym jakoweś odrzutowce a nam tu pot z dupy spływa a drogi nic nie ubywa! Cholerni Holendrzy! Mięczaki! – cedziliśmy przez zęby a ze łzami w oczach. Kole wieczora zapadł zmrok ale nic to! Łysy, co prawda w stanie szczątkowym ale dzielnie przyświecał a i dalekie planety również dawały z siebie wszystko. Nocka zapadła a do zboczenia na schronisko jeszcze spory szmat drogi więc by troszkę przyśpieszyć odciążyliśmy jednego z nas, który to ze względu na podwyższony stan wagi ciała zapadał się najgłębiej i najczęściej. Po upchaniu jego dobytku do naszych plecaków ruszyliśmy w dalszą drogę. Jak się okazało dotychczasowe mordęgi były li tylko przygrywką do tego co miało nastąpić teraz.
(na razie muszę przerwać, dzieciątko domaga się bajki)



Odpowiedz z cytatem