29 września
Mietek dziś jeszcze "przeżywa" wczorajszą wycieczkę. Przeżywa ją psychicznie i fizycznie. Psychicznie - bo Go, jako wrażliwego intelektualistę, dotknął bezpośredni kontakt z historią (Krywe), a fizycznie - ponieważ jest autentycznie zmęczony i ledwo łazi.
Postanowiłem zatem przyjaciela nie męczyć, a więcej dziś go wozić niż ganiać pieszo.
Piskal nadal się gdzieś zawierusza ze swoim rodakiem z Torunia, więc bez Niego jedziemy z Mietkiem aż do Tarnawy Niżnej.
Ale nie sami, o nie. Wspiera nas dziś fachowa siła, znamienity przewodnik bieszczadzki - już na pewno wiecie, kto. Tylko gwoli formalności informuję, że to oczywiście Lucyna.
Odbieramy Lucynę w Stuposianach i jedziemy przez Muczne do Tarnawy Niżnej. Tam parkujemy, co nieco pijemy w bufecie i awizujemy zamówienie pierogów "po bojkowsku" po naszym powrocie.
Wyruszamy do Dźwiniacza Grn. Chcemy Mietkowi pokazać stary cmentarzyk i w ogóle przejść się nad Sanem, granicą polsko - ukraińską. W przeciwieństwie do kolegi jestem tu już n-ty raz, ale i ja korzystam z obecności Lucyny. Opowiada nam bardzo ciekawie zarówno o starych dziejach tej okolicy, jak i o całkiem współczesnych. M.in. o "zsynantropizowanym" złośliwym misiu, który zaczepia ludzi i nie boi się nawet huku. A my właśnie teraz wędrujemy przez terytorium owego niedźwiedzia.
Na cmentarzu w Dźwiniaczu Grn. słuchamy dłuższej prelekcji Lucyny, Mietek chłonie ją jak urzeczony (i prelekcję, i Lucynę).
A potem wracamy wolniutko, wolniutko, oglądając się z Lucyną na ledwo (ale ambitnie) poruszającego nogami kolegę.
Po drodze zauważamy sporo żmij. Co najmniej drugie tyle pewnie mijamy, nie spostrzegłszy ich. Korzystają ze słońca i "opalają się" na naszej ścieżce. Znów Lucyna fachowo wyjaśnia nam ich tryb życia i sposób zachowania.
W Tarnawie Niżnej konsumujemy "pierogi po bojkowsku". Jako urozmaicenie menu turystycznego - mogą być, czemu nie. Nie pamiętam przepisu, ale były to chyba pierożki z ziemniaczkami i skwarkami. Nawet dosyć smaczne. Ale dorosły chłop się tym nie naje. Gdybym ja tu kiedyś mieszkał i był tym karmiony, to też wstąpiłbym (z głodu) do UPA.
Pojawiają się koty, w liczbie kilkunastu. Większość czarnych, wypisz - wymaluj mój Sabinek. Podobne również z pyszczka, nie tylko z koloru futerka. Biedactwa głodne, dzielimy się z nimi (bez specjalnego żalu) owymi bojkowskimi pierogami. Są to w końcu koty bojkowskie, ich pra-, pra-, praprzodkowie tu mieszkali i łowili myszy w bojkowskich chyżach. A potem chyba tylko koty przeżyły powojenną Apokalipsę tej ziemi i tu pozostały.
[I coś musi nadal tkwić w ich kocich genach. Mój Sabinek, też bieszczadzki (!!!) kotek, odnosi się do mnie z wyraźnie większym respektem, gdy go op...lam (za liczne psoty i notoryczne wskakiwanie na stół) po rusku, a nie po polsku.]
Syci bardziej intelektualnie (dzięki opowiadaniom Lucyny) niż fizycznie, odjeżdżamy z Tarnawy. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w Mucznem, gdzie Mietek kupuje przewodnik Rewaszu. Do tej pory korzystał z mojego, ale zapragnął mieć swój własny. Świadczy to dobitnie, że połknął bieszczadzkiego bakcyla.
Odwozimy Lucynę do Ustrzyk Dln., tam zamierza spotkać się z koleżanką. Dziękujemy za opiekę nad nami i przekazanie nam aż tyle bieszczadzkiej wiedzy.
Wracamy do Sękowca. Po drodze, póki jeszcze widno, oglądamy cerkiew w Równi. Mietek jest tu po raz pierwszy. Potem zjadamy wreszcie solidny obiad w Czarnej, w knajpie całkowicie pozbawionej bieszczadzkiego klimatu, ale za to dysponującej smaczną kuchnią. Jest to restauracyjka przy takim ni to hoteliku, ni to zajeździe, w samym centrum Czarnej, vis a vis stadionu oraz blisko strażnicy SG. Obok, w tym samym budynku po prawej stronie znajdują się delikatesy.
W Chmielu Mietek kupuje dwa litrowe słoiki miodu bieszczadzkiego, zapasik na całą zimę. Ja już się wcześniej zaopatrzyłem w taki miodek.
W Sękowcu rezygnuję z dzisiejszego pakowania się. Jutro też będzie dzień. A pakowanie przy powrocie jest o wiele prostsze niż przy wyjeździe. Zabiera się, co swoje, i już. Poza tym prawie wszystkie ciuchy są brudne, nie trzeba więc ich segregować i oddzielnie pakować.
Napisałem "prawie", bo wywożę stąd również ciuchy czyste, których podczas całego pobytu w ogóle nie założyłem. Letnie koszule z krótkimi rękawami, mianowicie.
30 września
Smutno podśpiewuję refren biesiadnej piosenki ("to już jest koniec, to już jest koniec, już trzeba iść").
Z Sękowca wyjeżdżamy we trzech. Oprócz Mietka wywożę bowiem również Piskala, który w Warszawie przesiądzie się na pociąg do Torunia.
Droga powrotna - bez specjalnych wrażeń. Przed Rzeszowem obserwujemy mały karambol (kilka stłuczek). Jeszcze nie ma Policji, szosa zablokowana. Filozoficzne konstatujemy, że gdyśmy tu byli parę minut wcześniej, to i w moją toyotę walnąłby z tyłu jakiś gamoń. Albo może i nie-gamoń, ale za to mocno rąbnięty z tyłu przez gamonia. Bo przecież musiał być główny sprawca owego karambolu. Warunki drogowe były raczej dobre.
Obiadujemy zaraz za Głogowem Młp., w dużym przydrożnym zajeździe (po lewej stronie, jadąc od Rzeszowa). Upodobałem sobie tę knajpę, od lat się tu zatrzymuję udając się w Bieszczady i powracając z nich.
W Radomiu żegnamy się z Mietkiem. Krótko, gdyż czas nagli - Piskal musi przecież zdążyć na pociąg.
Wydaje się, że nie jest źle. Mimo remontu "siódemki" mkniemy nią wcale szybko. Aż do Janek. A tam - jak zwykle korek. Miałem nadzieję, że tylko do Raszyna, ewentualnie do Okęcia. Gdzie tam. Jedziemy przez Włochy i Ochotę cały czas wg formuły "jedynka - dwójka - stop".
Dojeżdżamy wreszcie do Dworca Zachodniego, gdzie - chyba z nerwów i zmęczenia - przeoczam wjazd na przydworcowy parking (ten główny, przed budynkiem dworca PKS). Zatrzymuję się więc z konieczności jakieś sto metrów dalej, na pasie zarezerwowanym dla autobusów PKS. Włączam światła awaryjne, Piskal "ewakuuje się" wraz ze swoim bagażem z samochodu i idzie do pobliskiego budynku dworca PKS. A stamtąd, jak zapewne część z Was dobrze wie, tunelem przechodzi się do dworca PKP.
Na jazdę dookoła i wjazd na Dworzec Zachodni od strony Woli, ulicami Bema i Prądzyńskiego, nie było już czasu. Podjeżdża się tamtędy wprawdzie na sam dworzec PKP (tuż koło kas biletowych), ale wcześniej trzeba by się było "przepchać" pod wiaduktem i dojechać ul. Prymasa Tysiąclecia aż do ul. Kasprzaka. A tam pewnie przez cały czas korki i postój na światłach.
W chwili, gdy się z Piskalem żegnaliśmy, dochodziła godzina 19-ta. Pociąg miał za ok. kwadrans, a jeszcze przecież musiał przejść przez cały tunel dworcowy i kupić bilet. Zdążył. Już z pociągu wysłał mi sms-a, że wszystko odbyło się wprawdzie "na styk", ale z powodzeniem.
A ja sobie już spokojnie pojechałem na Szczęśliwice. Gośka pomogła mi wnieść wszystkie klamoty do domu. Rzuciłem je do pokoju, rezygnując z dzisiejszego ich rozpakowywania.
Otworzyłem tylko piwo, potem drugie - trzeba było odreagować te ok. 460 km jazdy po polskich drogach.
Zapytałem Gosię, jak się czuje kotka. Zwierzątko zresztą cały czas przy mnie buszowało, zastanawiając się zapewne, czy to ten sam facet, z którym mieszkało już przez 10 dni, ale od tego czasu też minęło 10 dni.
Żona dziwnie na mnie popatrzyła. Odrzekła, że nie jest pewna, czy to kotka. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem nabiera podejrzeń, że to samiec, a nie kocia płeć piękna.
Złapaliśmy hultaja i poddaliśmy dokładnym oględzinom pod lampą.
Ewidentne jaja.
KONIEC
PS
Za dwa tygodnie napiszę tu jeszcze coś w rodzaju refleksyjnego podsumowania. Odniosę się również do Waszych wszystkich uwag, opinii, pytań - tych już zgłoszonych i tych, które ewentualnie ktoś jeszcze mieć będzie.


Odpowiedz z cytatem