Twoi Przyjaciele są moimi znajomymi.
Do zobaczenia na szlaku.
Twoi Przyjaciele są moimi znajomymi.
Do zobaczenia na szlaku.
Miło mi, że w kociej sprawie dogadały się Lucyna i Dorota z Krakowa.
Ale teraz ad rem, czyl powrót do głównego tematu.
13 września
Dziś sprawdzimy funkcjonalność "lokalu kontaktowego" Naszego Forum, czyli baru "Zacisze" w Cisnej.
Ale najpierw musimy "zapracować" na tamtejszą obiadokolację. Jedziemy (tym razem samochodem Andrzeja) do Żubraczego, a tam nas (czyli Gosię i mnie) pan kierowca pozostawia, informując, że zaplanowana wycieczka to dziś nie na jego siły. Kolega przeżywa jeszcze, jak widać, dwie poprzednie "wielkie wspinaczki" na Otryt i Ryli. Oto skutki kilkuletniego gnuśnienia i zaniedbań treningowych. Jak się kumpel nie weźmie w porę w garść (a to już naprawdę ostatni dzwonek), to zramoleje ze szczętem. Bo potem to będzie już za późno - lekarz każe mu "unikać wysiłku". Czyli że zamiast Bieszczad będzie podziwiał Park Łazienkowski, przysiadając co parę chwil na ławeczce, karmiąc ptaszki i wiewiórki.
Wędruję sobie zatem tylko z moją piękniejszą połową. Pokonujemy trasę: Żubracze - Solinka - Roztoki Grn. - Liszna - Majdan - Cisna. Pochmurno i zimno, ale chociaż nie pada. Pora deszczowa dopiero nadchodzi, o czym naturalnie jeszcze nie wiemy. Jest tak chłodno, że nawet pić piwa mi się nie chce, co u mnie oznacza wielką anomalię. Łażę z tym piwem cały dzień i w końcu przynoszę je z powrotem. W Roztokach Grn. zjadamy po kanapce i szybko dalej wędrujemy, gdyż podczas postoju zdążyliśmy trochę zmarznąć.
Jedyną atrakcję stanowią drapieżne ptaki na niebie. Ale i one wyglądałyby ładniej w słońcu.
Już w Cisnej spotykamy orszak weselny. Machamy państwu młodym, a panna młoda odpowiada pięknym uśmiechem. Wołam "w każdym kątku po dzieciątku", ale chyba nie słyszą. A zresztą, mogą nie słyszeć, byle by się ziściło!
Docieramy do "Zacisza". Tam już czeka na nas Andrzej, który dopiero co przyjechał. Jeździł sobie po okolicy i trochę spacerował.
Żadnych oznaczeń wskazujących na powiązanie "Zacisza" z Naszym Forum, pomimo obietnic Bertranda i Wuki, nie widzę. Rozmawiam z barmanem, który zaraz prosi Szefową. Tłumaczą mi oboje, że jeszcze nie zdążyli przygotować stolika z rezerwacją dla uczestników Bieszczadzkiego Internetowego Forum Dyskusyjnego. Dobrze znają Bertranda, powołanie się na Niego znakomicie ułatwia tę wstępną rozmowę.
Jesteśmy bardzo głodni. My z Gosią troszkę zmarzliśmy, zresztą przeszliśmy ok. 18 - 20 km, a Andrzej - on jest zawsze głodny.
I tu następuje mały zgrzyt. Gosia zamówiła "placki po bieszczadzku". Pal sześć, że czeka na nie cholernie długo, ale w końcu dostaje je ... niemiłosiernie przesolone. Ja osobiście jestem, jeśli chodzi o żarcie w knajpach, raczej mało wybredny. Początkowo więc myślę, że przesadza z tą opinią o przesoleniu. Wreszcie próbuję je sam, z talerza żony. Faktycznie, kobieta ma rację, tego nie da się zjeść. Chyba kucharzowi torba z solą pękła i się do kotła cała wysypała. Żona zjada więc samo ciasto, pozostawiając nietknięte mięsko na boku talerza. I w sumie jest niezadowolona. A wiadomo, że jak baba niezadowolona, to ...
Gwoli ścisłości podaję, że my z Andrzejem nie narzekaliśmy na jedzenie. Już nie pamiętam, co mój kolega zamówił (chociaż na pewno nie placki po bieszczadzku), ale nie narzekał. Ja również się najadłem kotletem schabowym, był duży i smaczny.
Żadnych reklamacji z powodu tych niemożliwie słonych "placków po bieszczadzku" nie składaliśmy. Aż do tej pory. Kolega barman podobno czyta Nasze Forum, więc może teraz się domyśli, dlaczego wychodziliśmy z "Zacisza" w nienajlepszym humorze. Jeśli w ogóle to pamięta.
Wracamy do Sękowca. Zapraszamy pana kierowcę do nas na piwo, mnie też ono w domowym cieple znów smakuje.
Tego dnia odwiedzam jeszcze Pawła i Darka, którzy dopiero co przyjechali. Piskal ma przybyć za dwa dni. Nie bawię u nich długo, chłopy muszą się przecież rozpakować.
14 września
Planujemy odpoczynek od pieszych wędrówek. Jedziemy dziś do Czarnej. Musimy kupić Gosi nowy plecak, gdyż w poprzednim rozbiła szklane opakowanie, które jej się rozprysło na co najmniej tysiąc szklanych ostrych kawałeczków.
I pomimo niedzieli ów plecak kupujemy - w delikatesach w Czarnej.
Nabywamy tam też odpowiednią (czyli znaczną) ilość fasolki po bretońsku. I wracamy do Sękowca. Zimno i chwilami mży.
Andrzej dość smacznie przyrządza tę fasolkę i nas zaprasza. Siedzimy sobie potem w jego domku nr 10, pałaszujemy talerz za talerzem (nie myśląc o nieuchronnych gastrycznych efektach takiego posiłku) i popijamy ukraińską "priwatną kolekciję", czyli b. dobrą gorzałę, jak by kto jeszcze nie wiedział.
Wieczorem wpadamy na "uzupełniające" piwo do baru w ośrodku. Oprócz naszej trójki są tam również Piotr oraz Paweł i Darek. Z Pawłem i Darkiem (Piotr ma inne plany) umawiamy się na jutrzejszą całodniową wycieczkę na Połoninę Wetlińską, z wykorzystaniem dwóch toyot: Pawła i mojej. Nie oznacza to, że chcemy na połoninę wjechać samochodami. Zamierzamy z Pawłem rano wyjechać dwoma autami, jedno gdzieś pozostawić po drugiej stronie połoniny (na parkingu na jakiejś przełęczy lub w samej Wetlinie), a potem drugim wozem powrócić po resztę towarzystwa do Sękowca. I stąd wyjść już pieszo, pójść na połoninę przez Zatwarnicę i Suche Rzeki, wiedząc że będziemy mieli czym przyjechać do Sękowca. Takie "kombinacje" są niestety niezbędne, jeśli się nie kwateruje gdzieś przy obwodnicy (bo tam sprawę powrotu ułatwiają bieszczadzkie busiki).
W zależności od jutrzejszej pogody, która coś się niewyraźnie zapowiada, zamierzamy przejść albo całą Połoninę Wetlińską z Przełęczy Orłowicza aż do Chatki Puchatka, albo tylko z Przełęczy Orłowicza wejść na Smerek, wrócić i zejść do Wetliny.
Jeszcze nie wiemy, że jutro nastąpi początek 9-cio dniowej pory deszczowej.
A wyprzedzając tok narracji informuję, że do tej wycieczki doszło. Pomimo zimna oraz opadu deszczu o charakterze ciągłym oraz intensywnym. Szczegóły niebawem.
CDN
Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 26-10-2008 o 14:40
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
"Wywołana do tablicy"informuję,że słowa dotrzymam-flaga będzie.Troszkę opóźnienia z przeróżnych przyczyn obiektywnych i troski o to,zeby TO miało ręce i nogi.Cierpliwosci zatem jeszcze ciut!Pozdrawiam!
WUKA
www.wukowiersze.pl
Witam
To jest aktualnie siedzisko wszelakiej maści "harley-owców". Czekanie 30 minut na posiłek to lekka przesada. Po przeczytaniu miłej Pani z obsługi listy potraw taka wypadła średnia. Substytut posiłku - to tylko 3 minuty!!!
x10 to posiłek !!!
Pozdrówka
Na razie tyle - lebo co wróciłem z Bieszczadów. Jak dojdę do siebie to może cosik skrobnę.
15 września
Kto by wcześniej pomyślał, że dziś - 3 listopada, pisząc te słowa, będę miał lepszą pogodę niż 15 września, czyli - jak by nie było - latem.
Z samego rana jeszcze nie padało. O godz. 8-mej wyjeżdżamy z Pawłem dwoma samochodami do Wetliny. Po drodze obserwuję termometr na desce rozdzielczej, temperatura spada chwilami do 3 st. C. Jadę z włączonym ogrzewaniem.
W Wetlinie zajeżdżamy do Dworaczków, tam parkuję moją toyotę i przesiadam się do Pawłowej. Wcześniej, tak na wszelki wypadek, pozostawiam w recepcji kartkę z numerem rejestracyjnym samochodu, moim nazwiskiem i numerem komórki. Licho nie śpi.
Wracamy autem Pawła. Jeszcze w Wetlinie spostrzegamy na szosie lisa, niespiesznie sobie maszerującego drogą, ale prawidłowo dla ruchu pieszego, bo lewą stroną.
Zajeżdżamy do Sękowca. Tam okazuje się, że jedynym kandydatem na wycieczkę, oczywiście oprócz Pawła i mnie, jest Darek. A zatem wyruszamy tylko we trzech.
Gdy przekraczamy San, jest chyba już po godz. 10-tej. Właśnie zaczęło padać. Temperatura nadal nie przekracza 5 st. C. Na niebie ołowiane chmury, ale szybko przesuwające się. Pocieszamy się, że wiatr je rozpędzi i przepędzi. Nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie je napędza i gromadzi na całe najbliższe 9 dni.
W zatwarnickim, "kultowym" już sklepie kupujemy piwo. Ja - tylko jedno, gdyż będę dziś jeszcze kierowcą. A zresztą jest zimno i pada deszcz, pić się nie chce.
Zakapturzeni wędrujemy dalej. Krótki postój robimy w Suchych Rzekach - w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu była "Ostoja". Paweł i Darek chowają się pod wiatę, pod którą zgromadzono deski porozbiórkowe. Ja staję pod drzewami z drugiej strony drogi. Chwila zadumy. To se już ne wrati. "Ostoja" przeszła do bieszczadzkiej historii. Czy tak rzeczywiście musiało być ?
Idziemy dalej w kierunku Przełęczy Orłowicza. Przed wyjściem ze strefy lasu na połoninę znów chwila refleksji. Blaszana tabliczka na drzewie informuje, że w tym miejscu dn. 2 października 1998 r. zmarł śp. Karol Gruszczyk. To już 10 lat temu. Przez ten czas drzewo się rozrosło i tabliczka zaczyna z niego odpadać.
Na Przełęczy Orłowicza okropny ziąb, rzęsisty deszcz i mgła. Definitywnie porzucamy zamiar wejścia na Smerek i zmykamy jak najszybciej w dół, tyle że już nie na zatwarnicką, lecz na wetlińską stronę. Przy skałach, pod pierwszymi drzewami robimy krótki "piwny" postój.
Dalej w drogę. Moja kurtka ładnie chroni przed wilgocią górną część ciała, ale od kolan w dół jestem mokry, buty też już zaczynają mi przemakać. Paweł się trzyma dzielnie, natomiast Darek zaczyna szczękać zębami (dosłownie !). A deszcz na przemian albo pada, albo leje. I wieje zimny wiatr. I nadal jest co najwyżej 5 st. C.
W Wetlinie docieramy do Dworaczków, zamawiamy solidny obiad. Ratuję Darka aspiryną, którą zawsze noszę przy sobie, ale tak się składa, że to innych zawsze nią częstuję w potrzebie.
Najedzeni i nieco podsuszeni wsiadamy do mojego samochodu i wracamy do Sękowca. Dopiero tam mogę się rozgrzać "od środka", co skwapliwie czynię ukraińską gorzałą. I nic mi nie było, nawet nie kichnąłem.
Podczas wędrówki Paweł i Darek otrzymali telefoniczną informację od Piskala, że właśnie przybył do Sękowca z dalekiego Torunia. Dostał od nich polecenie napalenia w piecu.
CDN
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
16 września - 2-gi dzień pory deszczowej
O godz. 10-tej przyjechał do nas Wojtek1121 z żoną, Anią. Zabierają Gosię, mnie i Andrzeja na przejażdżkę terenówką Wojtka, nissanem. Wóz wspaniały. Aktualnie Wojtek zmienił go na jeszcze lepszy (terenową toyotę), ale wiem o tym tylko ze słyszenia.
Posiadając stosowny glejt pozwoleństwa na jazdę po otryckich drogach zakładowych LP, jedziemy z Sękowca do Polany. Stamtąd chcemy się udać zaznaczoną na mapie drogą do Rosolina (miejsce po niegdysiejszej wsi), obejrzeć ruiny dworu i pieczarę przy potoku Czarny.
Po przejechaniu chyba ok. 1 km natrafiamy na bród. Po opadach woda jest duża i mętna, dna nie widać. Pal sześć, że potopilibyśmy nasze baby, ale samochodu szkoda. Wojtek wycofuje wóz na wstecznym biegu, zawracamy do Polany.
Jedziemy do Czarnej, oczywiście objazdem koło osuwiska na obwodnicy. Dla wozu terenowego to pestka, ale i osobowym ostrożnie się przejedzie. Nikt tam już nie pilnuje, nie kontroluje, czy przejeżdżający posiadają odpowiednie "przepustki" wydawane przez stosowne władze.
W Czarnej nie zatrzymujemy się, lecz od razu podążamy do Bystrego. Podjeżdżamy pod cerkiew greckokatolicką, nieczynną, ale jako tako zabezpieczoną przed dewastacją. Panie pozostają w samochodzie, a my oglądamy cerkiew ze wszystkich stron, ukrywając przy okazji "skarb" Geocache. Gdyby jakiś miejscowy pijaczek to wyśledził, miałby okazję spróbować czegoś lepszego. Ale nie, nikogo tam nie ma, pogoda skutecznie odstrasza i miejscowych, i turystów.
Zaglądamy też do rzeźbiarza - malarza mieszkającego tuż obok cerkwi. Ucinamy sobie rozmówkę z nim i jego tatą. Od słowa do słowa i okazuje się, że ojciec gospodarza zna ... mojego szwagra. Obaj pracowali w Karsznicach na kolei. Small the world !
Ów artysta to barwna postać Bieszczadów. Nie czuję się jednak upoważniony, aby cokolwiek więcej napisać. Poza tym informacje, jakie uzyskałem zarówno od niego, jak i później, od innych "wtajemniczonych", są tak ciekawe i nietypowe, że koniecznie wymagają jeszcze potwierdzenia. Jest to zresztą temat do dyskusji przy piwie, a nie na forum dyskusyjnym.
Z Bystrego jedziemy do pobliskiego, przygranicznego Michniowca. Najpierw podjeżdżamy do końca wsi. Jeszcze kilkaset metrów i już Ukraina. Zatrzymujemy się, wysiadamy z samochodu i chowamy się pod wiatą końcowego przystanku PKS. Tam zjadamy małe co nie co. Następnie jedziemy z powrotem, czujnie wzrokiem lustrując prawą stronę wiejskich zabudowań. Jest ! Właśnie o to mi chodziło. Pokazuję przyjaciołom ładną cerkiewkę w Michniowcu, aktualnie kościółek rzymskokatolicki. Wojtek robi trochę zdjęć.
Przy okazji odkrywamy wywieszoną do publicznego wglądu listę osób sprzątających ów kościół, harmonogram prac sporządzono aż do 21 grudnia br. To doprawdy wstyd, że na tej liście nie ma nikogo z Naszego Forum. A może by tak ją uzupełnić, doprowadzić aż do końca roku ? Żeby jednak na to pytanie znaleźć odpowiedź, należy wybrać się do Michniowca. Jest to nawet konieczne, aby nie przeoczyć własnego terminu prac porządkowych.
Wyjeżdżamy z Michniowca, wracamy do Polany. Jedziemy w stronę Lutowisk, przed nimi skręcamy w prawo, na Skorodne. Droga nieco, ale tylko "nieco" podreperowana. Dla Wojtka i jego terenówki to jednak tylko "małe piwko przed śniadaniem". W Skorodnem zatrzymujemy się na kilkanaście minut, badając tamtejsze warunki agroturystyczne. Dla osób preferujących samotność byłby tu istny raj. Bo ta miejscowość to znajduje się już nawet nie na końcu świata, ale jeszcze dalej. Czyli poza końcem świata.
Z Polany leśnymi drogami zakładowymi podążamy do jakiegoś miejsca na obwodnicy, skąd już blisko do Rajskiego. Po drodze obserwujemy wywóz drewna z Bieszczad. Czy nie za dużo tego przypadkiem ?
Z Rajskiego jedziemy do Studennego, a tam przez most na Sanie wjeżdżamy znów na leśną drogę, którą walimy wprost do Sękowca. Żegnamy się z Wojtkiem i Anią, umawiając się z Nimi na następny dzień.
Wieczorem wpadamy na piwo do baru w Sękowcu. Spotykamy się tam z Piotrem, pojawia się także Iza. Wzajemnie opowiadamy sobie o detalach deszczowej turystyki. Nie zapisałem sobie jednak, którędy oni wędrowali, więc teraz już nie pamiętam.
CDN
Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 04-11-2008 o 09:31
Serdecznie pozdrawiam
Stały Bywalec.
Pozdrawia Was także mój druh
Jastrząb z Otrytu
Chcieliśmy iść na piechotę , ale była wysoka woda w potoku. Kilka zdjęć z wyprawy ze SB.
Względem owego artysty (fakt-swymi przeżyciami mógłby ze trzy osoby obdzielić już , a przecież młody jeszcze chłop) mam pytanie : czy "Rodząca murzynka" już gotowa ?
Dodam tylko od siebie ...... ma bardzo ciekawie "obudowany" (urządzony na zewnątrz) stuletni już przecież dom (zachwycił nas z zewnątrz i od wewnątrz).
Jego ojciec pokazal mi dar od syna "Cerkiew nocą" (doszukaliśmy się wspólnych znajomych) i nabyliśmy "mały obraz" z "Malej ..... "
Pozdrawiam PF
ps myślę ,że tyciuchne uchylenie informacji można ..... , niekoniecznie przy piwie .
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)