18 września - 4-ty dzień pory deszczowej
Przed południem zapukał Piskal ze sporym półmiskiem placków ziemniaczanych własnej roboty. Czekały na nas wczoraj w domku nr 1. Mieliśmy tam wpaść wieczorem, ale w związku z opisanym przemoczeniem, zabłoceniem i dość późnym powrotem, zrezygnowaliśmy.
Zaprosiliśmy więc z Gosią teraz do nas Andrzeja, Darka, Piskala i Pawła. Zjedliśmy owe Piskalowe placki, dokładnie popijając je "priwatną kolekciją" oraz "chmilnym micnym". Paweł zrobił kilka zdjęć, w tym fotografie naszego nowego kotka.
Tu dygresja. Ww. zdjęcia, a także inne z naszych późniejszych wspólnych wycieczek i spotkań towarzyskich, Paweł obiecał mi przegrać na płytkę CD i dać w Warszawie. Było tego sporo, oglądaliśmy je w laptopie jeszcze przed wyjazdem. No i do tej pory tych zdjęć nie dostałem, a byłyby one "jak znalazł" uzupełnieniem niniejszej relacji. Po przyjeździe do Warszawy dwa razy usiłowałem się z Pawłem skontaktować - raz Mu się nagrałem na pocztę głosową, dzień później wysłałem sms-a. Bezskutecznie. Pogniewał się, czy co ?
O godz. 15-tej wybraliśmy się z Gosią i Andrzejem na konkretny posiłek - obiad w hotelu w Zatwarnicy. Pieszo w obie strony, co daje łącznie spacerek ok. 5 km. Niedużo, ale jednak.
A wieczorem - wieczorem to przyjechał Pastor z Bernadettą ! Może coś się wreszcie zacznie dziać. Pomogłem Im wnieść klamoty do domku nr 4, ponoć najlepszego w całym ośrodku. Potem już nie angażowałem Ich swoją osobą, niech się spokojnie rozpakują i nacieszą sobą w nowym miejscu. Umówiliśmy się tylko na dzień następny, na spotkanie integracyjne. U Nich w domku.
19 września - 5-ty dzień pory deszczowej
W związku z zaplanowaną na dziś imprezą wybraliśmy się aż do Ustrzyk Dln. na konieczne zakupy. Jak się zapewne domyślacie, głównie po "priwatną kolekciję" oraz "chmilne micne". Pojechaliśmy w czwórkę, tj. ja z Gosią, Andrzej i Piskal. Oprócz wymienionych ukraińskich specyfików kupiliśmy także co nie co na zakąskę.
A na obiad specjalnie podjechaliśmy do baru w Krościenku, wcześniej już tu opisanego, i - jak się okazuje - znanego nie tylko mnie.
Ok. godz. 19-tej zebraliśmy się w domku Pastora. Lista obecności wg kolejności alfabetycznej przedstawiała się następująco:
1) Andrzej,
2) Bernadetta,
3) Gosia,
4) Iza,
5) Pastor,
6) Piotr,
7) Stały Bywalec,
8 ) Xirątko - już poczęte, noszone przez Osobę Nr 10 z tej listy,
9) Xiro,
10) Xirowa,
11) Xirówna - Osoba wyraźnie nieletnia, w wieku mniej więcej "późny żłobek" lub "wczesne przedszkole".
Pogadaliśmy, pojedliśmy i popiliśmy. Co poniektórzy nawet popalili. Tylko tyle na "p", proszę sobie Bóg wie co, nie wyobrażać. Jest to w końcu oficjalna i urzędowa wersja mojego sprawozdania.
Niczego nie zabrakło ani nawet nie było mało. To o konsumpcji.
Omówiliśmy najważniejsze sprawy Naszego Forum, ze szczególnym uwzględnieniem dotychczasowych doświadczeń KIMB-ów. Jeden z paneli dyskusyjnych został poświęcony zagadnieniu, czy Michał to także Pipa.
W każdym razie dogadywaliśmy się o wiele, wiele łatwiej niż kancelarie "Małego Pałacu" (Aleje Ujazdowskie) i "Dużego Pałacu" (Krakowskie Przedmieście).
Co jeszcze do dnia dzisiejszego zapamiętałem ?
Pastor i Iza prawili sobie nawzajem wyszukane komplementy, nie zważając na bliską obecność Bernadetty.
Xiro z Familią opuścili nas wcześniej, co przyjęliśmy ze smutkiem, ale i zrozumieniem. Byli w końcu z dwojgiem małych dzieci (a to młodsze to już zupełnie malutkie).
Piotr, już nie po raz pierwszy, wprawił mnie w zdumienie i podziw. Tym razem mam na myśli jego ulubiony napój. Spożywał drinki wg receptury na szklankę: 1/3 wódki + 1/3 soku z owoców cytrusowych + 1/3 red bulla.
Pastor oświadczył, że jest (cyt.) "abstynentem, aczkolwiek nieortodoksyjnym". I udowodnił to.
Andrzej z kolei nic podobnego o sobie nie powiedział, za to milczkiem chlał jak pijak ortodoksyjny.
Piszący te słowa musiał pilnować trzeźwości własnej i Gosi, pamiętając o bardzo stromych schodach w ośrodku, którymi będą musieli jeszcze dziś (pardon: już jutro) zejść, aby wrócić do siebie.
Ostatecznie Pastora i Bernadettę opuściliśmy już po godz. 1-szej w nocy. Jakoś udało nam się cało dojść do domu. W domu wypiłem jeszcze herbatę, aby wszystko dobrze strawić. A rano w ogóle nie miałem kaca, no może tylko trochę, naprawdę niedużo, chciało mi się pić. Uważam, że to zasługa dobrej ukraińskiej gorzały ("priwatna kolekcija" to u nich już wódka z tzw. wyższej półki) i bieszczadzkiego klimatu.
Zapamiętałem również, iż niektórzy z Szanownych Biesiadników zrobili trochę zdjęć. Gdyby teraz zechcieli je zamieścić na forum, tu - w tym wątku, stanowiłoby to wspaniałe uzupełnienie mojej relacji. Nie mówiąc już o tym, że przy najbliższym spotkaniu zrewanżowałbym się Im właśnie "priwatną kolekciją".
CDN


Odpowiedz z cytatem
