A ja tam najbardziej nie cierpię hipokryzji.
Coś pięknego walnąć jakieś piwko albo łyk "żołądka" na rozsłonecznionej polanie , z widokiem na jesienne Bieszczady.
Niewykluczone że jacyś orędownicy trzeźwości na szlaku patrzyli na nas w łykend 10-12.10 z potępieniem albowiem m.innymi w jeden dzień, w 19 osób napieralismy czerwonym przez Chryszczatą. A że było cieplutko i słonecznie, a że nam się nie śpieszyło to już się boję komentarzy.
Następną razą usiądziemy w krzakach, ślubuję
Ostatnio edytowane przez jaNO ; 22-10-2008 o 14:51
Trochę mi teraz głupio, że rozpoczęłam ten wątek.
Lucyno, ja kiedyś ostro piłam i wiem, jak nawet jeden kielonek zmienia wszelkie perspektywy i oceny. Wchodzę na szczyt - piękna panorama - zachwyt pełny; czy trzeba to pogłębiać sztucznymi podnietami?
Kiedyś ktoś mi powiedział - NIE GAŚ SŁOŃCA WÓDKĄ...
Może dlatego tak mnie drażni, złości, gdy w obliczu takich fantastycznych widoków usiłuje się podnieść to jeszcze do potęgi przez alkohol; a po zejściu do bazy - jedynie mgliste wspomnienia.
Z tych też powodów, ilekroć jestem w Bieszczadach w ogóle unikam alkoholu. Aby przeżyć, posmakować piękna całą swoją prawdziwą istotą, swoimi zmysłami wszystkimi takimi, jakie one są - może biedne, prymitywne, naiwne i co tam jeszcze, ale kiedy powracam do zatrutego spalinami Krakowa, w każdej chwili mogę wywołać w głowie swojej fantastyczny widok - np. z Dwernika Kamienia - niezmącony niczym.Tylko trochę ciężko mi wymazać z niego tych "przebranych w turystyczne ciuchy turystów" pijących wódkę.
Dlatego rozpoczęłam ten wątek.
No widzisz - tylko bardzo problematyczne jest gdzie leży ta granica.
Powyżej opisałam przypadki, gdzie moim skromnym zdaniem ta granica już została przekroczona.
Ale ktoś inny może mieć całkiem inne zdanie, no bo przecież nikomu nic się nie stało.
Ale że kilku czy kilkunastu osobom było nieprzyjemnie, straciły czas na użeranie się z pijanymi - mniejsza o to.
Pozdrowienia
Basia
P.S.
Mi też się parę razy w życiu zdarzyło przekroczyć granicę.
I chociaż miało to miejsce kilka lat temu (i chociaż żadne niebezpieczeństwo nam wtedy nie groziło) to do dziś jest mi głupio i wstyd.
Przez to, że naraziłam inne, lubiane przeze mnie osoby na kontakt ze sobą w takim stanie.
Ostatnio edytowane przez Basia Z. ; 22-10-2008 o 17:36 Powód: P.S.
A dam ci fajny przykład. Kiedyś do załogi na rejs, na jacht wskoczyła w ostatniej chwili dziewczyna która była wegetarianką. Wierz mi że mieliśmy wszyscy na czele z nią przesr....Bo była extremalną wegetarianką, weganką czy jakoś tak. Nawet jajek i mleka.
Po tym traumatycznym przeżyciu powinienem napisać: wegetarianizm won z naszego morza. Owszem, wegetuj sobie na brzegu a w morzu żryj jak wszyscy ale myślę teraz że wszystko jest do pogodzenia. Trzeba miec umiar. Góry uczą umiaru i trunek też w nich ma swoje miejsce. Aby nie przesadzić.... w żadna stronę![]()
Znam ten ból, bo na obozie górskim, który prowadziłam w Wielkiej Fatrze i w Górach Choczańskich był facet, który był weganinem - jadł tylko pestki, nasiona i owoce
Nikt mu nie powiedział słowa , był przemiłym i kapitalnym towarzyszem wędrówki, tylko sam musiał dźwigać swój ogromny plecak z tymi wszystkimi pestkami.
Po 7 dniach intensywnego łażenia po górach z ciężkim plecakiem złamał się i zjadł w Dolnym Kubinie "wyprażany syr".
Mam szacunek dla odmiennych postaw.
Ale również całkowicie rozumiem Dorotę.
Dla mnie osobiście góry i alkohol po prostu do siebie nie pasują.
I podobało mi się to co napisała Dorota. Ja w górach również zupełnie nie potrzebuję "wzmacniaczy wyobraźni".
Natomiast nie cierpię alkoholu, jeżeli z powodu czyjegoś pijaństwa, lub popijania ktoś inny odczuwa dyskomfort, spóźnia się, denerwuje się, naraża na niebezpieczeństwo siebie lub innych itd.
W żadnym miejscu nie napisałam że ci co piją to nie są "prawdziwi ludzie gór".
Ja w ogóle uważam że nie ma takich zwierząt jak "prawdziwi ludzie gór".
Pozdrowienia
Basia
Domyślałam się tego. Widzisz prawie abstynentka (nigdy nie byłam pijana), wróg alkoholizmu i alkoholików bronię prawa ludzi do bycia sobą. Nie masz prawa nam narzucać swojego punktu widzenia. To są tylko Twoje problemy. Nie widzę powodu abym musiała ograniczać się w wyrażaniu radości z obecności moich Przyjaciół i Kolegów. Piję tylko z najbliższymi, to takie plemienne podkreślenie wspólnoty, bliskości. Nie przeszkadzam nikomu, nie robię nic złego, nie stanowię zagrożenia dla innych i moim zdaniem nie wywołuję zgorszenia pijąc kilonek na ścieżce. (Buba ma rację,nie każda ścieżyna jest szlakiem).
Widzisz sprowokowałaś mnie tymi "przebranymi w kostiumy ludzi gór" pijącymi. Odpowiedz mi proszę tylko na jedno pytanie. Kto dał Ci prawo osądzać tych ludzi? Robili coś złego? Skąd wiesz, że nie byli prawdziwymi ludźmi gór? Nie stosowali się do Twoich zasad?
Ja ich nie osądzam. Po prostu zbulwersowała mnie sytuacja, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia...
Dorota ma sporo racji. Tu raczej nie chodzi o to, że ktoś sobie wychyli kielicha czy piwko, kontemplując pejzaże, nikomu nie wadząc i niczemu nie zagrażając. Po to jest alko. Bez różnicy - na szlaku, w schronisku czy pensjonacie. Wolna wola, o ile zna się umiar.
Tu chodzi o stada pijące bez umiaru i świadomości, że imprezowanie na szlaku niesie z sobą jakby większe ryzyko. W ostatni weekend widzieliśmy takie obrazki na Bukowym Berdzie - idziemy w jedną stronę: turysty siedzo, rzucajo mięsem i pociągajo z flaszki. Idziemy w drugą stronę: już smacznie chrapio na gołej ziemi. Albo radosne załogi z zamglonym wzrokiem, zaczepiające wszystkich idących z przeciwka, bo ktoś im powiedział, że w górach tak trzeba. Sorry, ale to nie są przyjazne zachowania na szlaku, to jest odrażająca pijacka wylewność, która może budzić co najwyżej politowanie. Słabe to - i pod względem estetyki, i zagrożenia.
No i zgadzam się, że kiedyś - przynajmniej w Bieszczadach - zjawisko takie występowało rzadziej, albo prawie wcale. Ale weekendowa turystyka była tu rozpowszechniona jakby mniej.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)