Dorota ma sporo racji. Tu raczej nie chodzi o to, że ktoś sobie wychyli kielicha czy piwko, kontemplując pejzaże, nikomu nie wadząc i niczemu nie zagrażając. Po to jest alko. Bez różnicy - na szlaku, w schronisku czy pensjonacie. Wolna wola, o ile zna się umiar.

Tu chodzi o stada pijące bez umiaru i świadomości, że imprezowanie na szlaku niesie z sobą jakby większe ryzyko. W ostatni weekend widzieliśmy takie obrazki na Bukowym Berdzie - idziemy w jedną stronę: turysty siedzo, rzucajo mięsem i pociągajo z flaszki. Idziemy w drugą stronę: już smacznie chrapio na gołej ziemi. Albo radosne załogi z zamglonym wzrokiem, zaczepiające wszystkich idących z przeciwka, bo ktoś im powiedział, że w górach tak trzeba. Sorry, ale to nie są przyjazne zachowania na szlaku, to jest odrażająca pijacka wylewność, która może budzić co najwyżej politowanie. Słabe to - i pod względem estetyki, i zagrożenia.

No i zgadzam się, że kiedyś - przynajmniej w Bieszczadach - zjawisko takie występowało rzadziej, albo prawie wcale. Ale weekendowa turystyka była tu rozpowszechniona jakby mniej.