Znam kilku nauczycieli, co to przysłowiową biedę klepią, czy to oznacza, że powinienem zniknąć z okolicy, by chleba nie odbierać?

Czy to oznacza, że mam odbierać komuś prawo wykonywania tego zawodu na "moim terenie", bo to ja miejscowy jestem?

Wg takiej filozofii trzeba by krzywo patrzeć na każdego, kto osiąga jakiekolwiek korzyści otwierając tu knajpę, pensjonat, czy zatrudniając się, a do "miejscowych" zaliczać się nie może.

Można perswadować ludziom, by nie robili pewnych rzeczy, ale czegokolwiek, co prawem zabronione nie jest zabraniać nie nada chyba? (zakładam zbieractwo na terenach nieobjętych ochroną)

Po drugie i tak koledze pewnie nici z tego wyjdą, pewnie najlepsze kokosy na jagodach są z tych zbieranych na terenach parkowych, a tu nie-miejscowy zostanie przez służby szybko wyeliminowany z konkurencji

Pozdrawiam:)